Motorshow 2016

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Płacicie po 100 złotych od osoby, by w pochmurny dzień połazić w te i nazad po kilku naprawdę sporych halach w Poznaniu. W halach tych roi się od spoconych dziwaków z plakietkami, plastikowych chłoptasiów w garniturach, krzątających się bez sensu, równie plastikowych lasek z przyklejonym do twarzy uśmiechem w strojach jak z filmu soft-porn i okropnych ludzi z pogranicza nowobogactwa i kiczu, noszących zadziwiająco wielkie paski Luis Vuitton, monstrualne kolczyki z brylantami w twarzy i jeansy Cipo&Baxx. Idziecie tam w dodatku tylko po to, by popatrzeć i pootwierać dosłownie wszystkie drzwi, maski i klapki w samochodach, które w głównej mierze znacie już z ulic i w zasadzie moglibyście otwierać sobie te drzwi i klapki za darmo, w salonie u dealera danej marki. A najlepsze jest to, że dzień później możecie przyjść i robić to samo, tyle że nie za 100, a za kilkanaście złotych…

Czy nie brzmi to dla was absurdalnie? Jeżeli tak, to witajcie na PRESSDAY podczas targów motoryzacyjnych Motorshow 2016.

IMGP5177

I nie neguję na starcie samej idei Motorshow, ponieważ jako jedna z największych tego typu cyklicznych imprez w Polsce jest naprawdę porządnie przygotowana i pełna wspaniałych aut, sławnych dziennikarzy, oraz przesycona atmosferą paliwa i głów parujących od motoryzacyjnej wiedzy.

Naprawdę uwielbiam Motorshow i jest to już kolejna edycja w której miałem przyjemność brać udział. Jednak organizacja PRESSDAY wraz z dniem, w którym odwiedzający mogą kupić wejściówkę za absurdalne 100 złotych to Samo Zło. Pal licho mnie z moim blogiem, oraz innych pomniejszych blogerów – narybek, którzy z głupia frant wydębili akredytacje prasowe i pakowali dupska do wszystkiego co miało koła. Najbardziej szkoda mi było dziennikarzy – zawodowców, którzy zmuszeni byli przebijać się przez yuppiesową ciżmę, co chwila kalecząc się o masywne złote sprzączki pasków DIOR, ostrokątne zegarki Breitling i męską biżuterię BVLGARI.

Jednym słowem w czwartek bardzo ciężko było spokojnie chłonąć piękno tych wszystkich karoserii i zrobić zdjęcia auta bez siedzącej na masce Frytki z Big Brothera albo innego Trybsona oglądającego z zadumaniem bagażnik Maserati.

IMGP5129

Oczywiście dla targów sytuacja w której ludzie zwiedzeni „ekskluzywnością” i „prestiżem” PRESSDAY są w stanie dać za wejście 100 złotych, to istne rozbicie banku. Niestety, zdecydowanie psuje to nie tylko samą ideę dnia dla prasy ale i możliwości, jakie dziennikarzom zawodowcom jak i amatorom powinien taki dzień dawać.

Jednak pomimo tej niedogodności, Motorshow 2016 muszę zaliczyć do najlepszych, na jakich byłem. Muszę pochwalić rozmieszczenie ekspozycji zgodnie z tematyką. Ostatnie targi były pod tym względem bardzo chaotyczne i z sali pełnej camperów wychodziło się na stoisko Porsche, a przechodząc przez BMW wpadało się na małych chińczyków sprzedających smar albo jakieś kabelki. W tym roku stoiska stricte samochodowe były oddzielone od camperów, producentów żarówek i sprzedawców podnośników. Dzięki temu w łatwy i szybki sposób można było obejrzeć to, co jest interesujące.


A interesujących rzeczy było wiele. Duże wrażenie robiły w szczególności dwa concept-cary, jeden z nich, na zdjęciach poniżej to Mitsubishi coś-tam. Nie powiem na jego temat nic ciekawego, bo prawdę mówiąc, nie uważałem na prezentacji.

IMGP5313

Drugi to wizja przyszłości modeli nowo narodzonej marki DS – czyli dziecka Citroena, które w pewnej chwili postanowiło opuścić ubogich rodziców i zapragnęło zostać Eltonem Johnem.

W ogóle cała linia modeli DS zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

IMGP5230

Takiego pietyzmu wykonania i cudownej faktury użytych materiałów można spodziewać się po naprawdę luksusowych modelach. Ponadto DS-y nie są w żadnym wypadku „ciężkie” i „poważne”, jak ich rywale spod np. czterech pierścieni czy biało niebieskiej szachownicy. DS-y to piękne, zwiewne i zjawiskowe auta, mające szansę na to, by stać się w najbliższym czasie pożądanym klasykiem.

Bardzo pięknie prezentowały się też nowe modele Renault, a w szczególności nowa Megane Grandtour GT. Od pewnego czasu hatchbacki, nie tylko Renault, tak wysoko podnoszą poziom, zarówno technologią, jak i wyposażeniem, że naprawdę ciężko pomiędzy nimi wybierać.

IMGP5036

IMGP5043

Uwagę zwracały też dwie wersje Talismana, który zastąpił zarówno Lagunę jak i model Fluence w gamie francuskiego producenta. I nie wiem, o co chodzi z tylnymi światłami w Renault, ale chciałbym je sobie zamontować w salonie, tak niesamowicie wyglądają!

Ciężko opisać wszystkie stoiska, bo zjawiły się prawie że wszystkie marki, jakie możemy dostać obecnie w Polsce, ale pokrótce wspomnę to, co warto było zobaczyć. Grupa VW uraczyła odwiedzających całą plejadą fikuśnie kolorowych Porsche, wśród których szczególną uwagę wzbudzał model zbudowany w połowie z klocków Lego oraz nowe 911R które mogliście zobaczyć w zeszłym miesiącu niemal na każdym motoryzacyjnym fanpejdżu na facebooku.

Audi natomiast przyciągało między innymi nowym modelem R8 V10 plus, S8-mką, oraz kolejnym prototypem E-Tron, w którego projekcie uczestniczył nasz rodak.

IMGP5124

Było również stanowisko Skody, która pokazała jakieś tam modele. Oraz Seata, który zaczął od tego roku bawić się w małe SUVy modelem Alteca oraz również premiera nowego Tiguana.

Wygląda zupełnie jak każdy inny Volkswagen, jaki kiedykolwiek widzieliście, więc przejdźmy dalej.

Fiat mocno chwalił się swoim najnowszym nabytkiem pod postacią Mazdy MX-5 przebranej za Rekina Młota i nazwanej 124 Coupe.

IMGP5223

Niestety, nie pomyśleli i postawili to dziwnie wyglądające coś koło jej retro odpowiednika, przez co wypadła blado. Ciężko konkurować z kształtami kabrioletu sprzed kilkudziesięciu lat.. Był też fiat Tipo, ale oblegało go tylu taksówkarzy, że nie udało mi się go obejrzeć.

Nissan za to postanowił pokazać na targach, że ma nierówno pod sufitem i zaprezentował nową wersję gargulca Juke-R z 600 konnym motorem z GT-Ra.

IMGP5063

Dobra Boziu, to tak niedorzeczne auto, że z miejsca się w nim zakochałem! Powstanie ich tylko około 25 sztuk, więc jak macie około miliona złotych i niebanalne poczucie smaku, gońcie do Nissana!

Żeby jednak nie przestraszyć co poniektórych wegetarian, postawili odrobinę dalej elektrycznego Leafa, który miał zrównoważyć balans między szaleństwem a zamartwianiem się o ekosystem.

IMGP5074

BMW za to wystawiło na stoisku mężczyznę, który ręcznie szył tapicerkę. Oraz całe mnóstwo ostentacyjnych aut! Twarze pełne kolczyków rozpływały się w zachwycie, tak bardzo, że widać było podejrzane wzgórki w kroczach ich jeansów z wielkim napisem Ed Hardy. Mimo tego muszę przyznać, że auta od Beemki to zasługujące na największy szacunek potwory!

W tym roku do stoiska BMW dokleiło się również MINI, ponieważ wypuściło ostatnio nad podziw dużo wariacji na temat samochodu Jasia Fasoli. Nowy Clubman i czterodrzwiowy hatch wyglądają na szczęście o wiele lepiej na żywo, niż na zdjęciach!

O wiele gorzej według mnie wygląda nowe cabrio, jak pudel z ogoloną głową.

Cała gama MINI straciła niestety swój charakterystyczny, bezkompromisowy i kapryśny styl, jakim charakteryzowały się pierwsze modele z początku millenium, ale to nic. Klienci chcą pierdyliona nikomu nie potrzebnych gadżetów i takiej ilości wyświetlaczy, jakiej nie mieli do dyspozycji kosmonauci na Apollo 11, a nie połamanego kręgosłupa, jeżdżenia na stację co 400 kilometrów i krwotoku z uszu.

Nietuzinkowe marki premium, za jakie uważam Maserati oraz Jaguara wreszcie wprowadziły swoje groźby o wejściu w świat SUVów w życie. Dlatego obydwie firmy pokazały niemal identyczne, zwaliste, monstrualności o nazwach Levante i F-Pace, Obydwa auta były tak samo wielkie jak niebieskie.

Toyota zainteresowała mnie jedynie odnowioną wersją GT86, jednak nie udało mi się jej do końca przyjrzeć, bo co chwilę wsiadał do niej jakiś 14-latek by zawzięcie szarpać skrzynię biegów bez używania sprzęgła.

Reszta aut Toyoty to odpychające hybrydowe Miraje czy inne Priusy, które za wszelką cenę chcę odróżnić się paskudną aparycją od aut używających normalnych silników.

Ze stoiska Forda pamiętam natomiast tylko wspaniałego białego Escorta RS Coswortha. Po pierwsze dlatego, że jak przystało na rajdowe auto z lat 90 bił na głowę wyglądem każdego innego nowoczesnego hothatcha na targach.

IMGP5243

Po drugie, pamiętam jeszcze czasy, gdy można było spotkać nieliczne egzemplarze na ulicach i to, jakie robiły wrażenie w gąszczu Polonezów, Jett i Nissanów Sunny, gdy byłem dzieciakiem. Wspaniałe auto!

Na stoisko Ferrari nie udało mi się w tym roku wejść nawet z magiczną karteczką Press na szyi. Pani „bramkarka” zlustrowała nas, a ponieważ ani ja, ani moja żona nie mieliśmy na sobie tyle złota co Mister-T ani zegarków inkrustowanych diamentami tak wielkimi, że można by nimi zabić, nie okazaliśmy się na tyle „godni”, bo obejrzeć z bliska czerwone rumaki. Co nie przeszkodziło Magdzie w pstryknięciu dla was kilku zdjęć.

Nasz reportersko-urlopowy strój nie stanowił za to problemu dla przemiłych pań z Rolls-Royce’a, które chętnie uniosły grubą pluszową, czerwoną barierkę i pozwoliły nam w spokoju napawać się potęgą i majestatem bijącymi od Najlepszych Samochodów Jakie Są Na Świecie.

Serio. Żeby zrozumieć fenomen Rolls’a, wystarczy kilkanaście pierwszych sekund w jego wnętrzu. DO-SKO-NA-ŁE – tylko tyle mogę na jego temat powiedzieć.

Nie jestem też pewien dlaczego, ale było pod sporym wrażeniem nowego coupe od Infiniti. Styl marki idzie w dobrym kierunku! Oby więcej takich projektów!

Na placu pomiędzy halami BMW i Audi postanowiło porównać, która firma ma większego penisa. Zbudowano bowiem dwa „tory”, jeden stanowił wyzwanie dla suvów Audi Q5 z napędem Quattro, po drugim natomiast można było porozbijać się nową X1-ką. Powiem tak, pod względem prowadzenia się, miejsca za kierownicą, komfortu i zastosowanych elektronicznych gadżetów, pomagających w jeździe „w terenie” obydwa auta są niemal identyczne. Co stawia mnie w trudnej sytuacji, ponieważ widziałem obydwa penisy, ale nie zdecyduję który jest fajniejszy.

W zasadzie, by obejrzeć dość dobrze całe Motorshow, wystarczyło udać się tam na cały dzień – i tak właśnie zrobiliśmy. Targi jednak trwały cztery dni i przez ten cały czas udało się im przyciągnąć 133 tysiące osób. Podejrzewam, że wśród nich było około 40 tysięcy spoconych grubasów (zaliczam się ja), 65 tysięcy mężczyzn z idiotycznymi fryzurami, około 100 tysięcy mężczyzn w sportowych t-shirtach wpuszczonych w jeansy, którzy przyszli obmacywać hostessy, 2 tysiące kobiecych talii wciśniętych w paski Luis Vuitton, 5 tysięcy twarzy z brylantowymi kolczykami i 500 ogromnych zegarków Maurice Lacroix.

Naprawdę, by zobaczyć tak ogromną ilość dziwaków warto pojechać na Motorshow w przyszłym roku! Szczerze wam to polecam! Poza tym, można przy okazji zobaczyć kilka naprawdę fajnych wozów:)

PS. GALERIA Z MOTORSHOW 2016 BĘDZIE DOSTĘPNA NA FEJBUNIU

Reklamy

Panie japończyku! Wincyj deseru!

Ponieważ jestem osobą lubiącą dobrze zjeść, bywam nieraz w różnych miejscach gdzie dobrze karmią. A ponieważ głośno mówię, śmieje się i całkiem zawodowo macham rękami gdy mówię, mam w sobie chyba jakieś domieszki włoskiej krwi. Oznacza to, że ze szczególnym opętaniem uwielbiam wszelakie makarony, sosy pomidorowe i oczywiście włoską pizzę. I doprawdy nie rozumiem, kiedy ludzie mówią mi, że przejedli się pizzą i poszliby na coś innego. To jakby mówić, że znudziły nas freski w kaplicy sykstyńskiej albo kryminały! Jeżeli pizza wam się znudziła, oznacza to, że do tej pory nie jedliście pizzy doskonałej.
I właśnie ostatnio natrafiliśmy ze znajomymi na nową włoską restaurację w Lublinie. Dają tam pizzę z pieca opalanego drewnem, a nie jakimś gazem ze śmierdzącego, ruskiego gazociągu, na cienkim placku i z oliwami do smaku zamiast szkaradnych sosów czosnkowych – czyli wszystko jak Pan Bóg przykazał! Jest szynka prosciutto, jest ser pecorino, są karczochy i salami – bajka! Makarony z owocami morza pichcą się na płonących patelniach, a właściciel warzy własne piwo idealnie pasujące do dań! I wiecie już, że dla mnie wszystko tam było wspaniałe!
No prawie, bo obsługa tej restauracji mogłaby równie dobrze podawać do stołów w więzieniu, tak mało interesuje ich podawanie jedzenia. A gdy jednak zdecydują się przynieść cokolwiek to i tak albo mylą zamówienia, albo wylewają różnego rodzaju napoje na klientów. Ponadto mikroskopijny deser Panacotta został podany na tak gigantycznym talerzu, że mogłyby na nim lądować helikoptery. Nie muszę dodawać, że stawianie małej, jasnożółtej kupki otoczonej sosem malinowym na lotniskowcu klasy NIMITZ daje mocno rozczarowujący efekt.
Możecie pomyśleć, że to bzdety, ale właśnie takie bzdety psują radość, gdy masz już swoje lata i swoje humory. Gdybym miał z dychę mniej, wylądowałbym po prostu AirWolfem na tym talerzu i pochłonął deser nie zważając na okoliczności podania. A tak, siedziałem i gapiłem się na tą niedorzeczność i zastanawiałem się pod nosem, jak ktokolwiek mógł w ogóle dopuścić, żeby serwowano ludziom tak idiotycznie wyglądający deser.
I możecie mi wierzyć lub nie, ale podobne uczucie miałem, gdy kończyłem test nowego Subaru Levorga. Byłem w nim praktycznie zakochany, bo to wspaniałe rodzinne kombi o sportowej charakterystyce, nie patrzące na głupią modę crossoverów i suvów. Jego prowadzenie jest czystą przyjemnością, nawet wtedy, gdy ulewa na zewnątrz jest wręcz biblijna. Byłem pewien, że inni kierowcy byli zmuszeni zbroczyć drzwi swoich aut krwią baranka, by Bóg wiedział, że są spoko i nie powinien ich zmywać z drogi. Ja nie musiałem, bo napęd na cztery koła i układ kierowniczy są nie z tej ziemi!kliknij aby powiększyć Zaprawdę powiadam wam, Bóg pod koniec siódmego dnia stworzył napęd Symmetrical AWD. I to było dobre!
kliknij aby powiększyć
Niestety, Bóg poszedł chyba do kibelka poczytać, gdy ktoś wpadł na pomysł by tak nazwać auto – Levorg. Wysiliłem się na tyle, że aż przeczytałem tą zabawną broszurkę, którą zawsze dostaję do auta, mówiącą o jego niesamowitości i dowiedziałem się, że Levorg to zlepek słów Legacy , Revolution i Touring. Ale przykro mi, bo ta wiedza nie zmieniała mojego zdania co do tego, że brzmi to wyjątkowo głupio. Levorg. Tak mogłoby się nazywać lekarstwo na ból biodra. Albo rasa chińskiego psa. A spore, sportowe kombi z przodem oderwanym żywcem od potężnego WRX STI powinno nazywać się groźnie i złowrogo na przykład Chainsaw. Raptor. Albo Putin.kliknij aby powiększyć
O wiele lepiej współgrałoby to z jego duszą kumpa – zawadiaki, który przynosi waszym dzieciom czekoladki i zabawki a wam kratę piwa i torbę maryśki. Takiego kumpla, z którym możecie siedzieć w barze do rana a on zamówi wam taksówkę w międzyczasie przebijając komuś nos przez potylicę tylko dlatego, że nadepnął wam na nogę. Tak czułem się w Levorgu. Zarówno bezpiecznie jak i zawadiacko. Gdy trzeba było depnąć, auto dawało wiele radości z jazdy po leśnych, krętych drogach. A zarazem pozwalało się zrelaksować na nudnych, prostych odcinkach pielgrzymkowej jazdy za tirami. To zdecydowanie najlepsze Subaru na co dzień, będące w tej chwili w sprzedaży.
Ma pojemne, wygodne i proste wnętrze pełne dużych wyświetlaczy, przycisków na kierownicy i systemów bezprzewodowych łączących jedne rzeczy z innymi. Do tego sporą i wygodną tylną kanapę, duży bagażnik i co najważniejsze wlot powietrza na masce i napęd na 4 koła. Wygląda jak wielkie, złe WRX STI z bagażnikiem! Jest to doskonała recepta na poważnego kombi grand tourera! A jednak z bólem nie mogę powiedzieć, że to idealne auto i że 10/10 jeździłby.kliknij aby powiększyć

Więc co jest z nim nie tak? Dosłownie dwie sprawy. Pierwsza z nich to skrzynia biegów. A raczej jej brak. Auto jest wyposażone w jedyną dostępną opcję – skrzynię CVT lineartronic. Wolałbym już za każdym razem rozbierać skrzynię na części i manualnie przestawiać przełożenia niż posiadać to wyjące, buczące, paranormalne ustrojstwo! I jakoś nie wadziła mi w Outbacku, bo nie ma on sportowego nastawienia i skrzynia biegów działająca jak w trolejbusie to nie problem. Ale gdy mamy auto w którego nazwach pojawiają się słowa GT i Sport, to jednak niezbyt poważne rozwiązanie. Sprawiedliwie muszę dodać, że CVT to sprytne rozwiązanie, pozwalające oszczędzać paliwo i dające niepojętą, wręcz upiorną płynność jazdy. Ale pasuje to do sportu jak dwie osoby przebrane w strój konia na Wielkiej Pardubickiej.

kliknij aby powiększyćNiby i to jedzie i napędza auto, ale jest okropne. Można oczywiście bawić się w zmianę biegów łopatkami ale sądzę, że o wiele lepiej nadałyby się do kopania grajdoła na plaży niż do agresywnej jazdy… Lecicie obrotami do wysokich nut i pac! Zmieniacie bieg a silnik jak wył tak wyje w okolicach 3,5-4 tysięcy obrotów. I tyle, żadnych efektownych szarpnięć, żadnych oznak życia i sportu! Zupełnie jakbyście gasili światło w kuchni.

IMGP4267
I pal sześć Levorga, ale obawiam się o los skrzyń w nowych WRX’ach. Już nowsza wersja S4 ma tego typu skrzynię. Nikt nie oczekuje wygody, wyrafinowania i oszczędności po sportowym aucie! Chyba, że jest mafiosem. Albo spaślakiem. Wtedy i tak kupi wielkie Audi A6 z dizlem gigantem,.. albo Bimę Piątkę.
Drugi problem tego wspaniałego kombi to jego silnik. Nie wiem czemu, ale to już drugi po Outbacku model w którym kitajce odmówili Europejczykom frajdy z posiadania większego, mocniejszego motoru i dali nam wykastrowaną, ciotowatą wersję. Drogi panie Yasuyuki Yoshinaga jesteśmy Europejczykami! To my wymyśliliśmy samochody! To u nas są słynne tory, takie jak Circuit de Spa-Francorchamps, Nurburgring, Monza, Mugello czy Circuit de la Sarthe. RADZIMY SOBIE z samochodami. To w Europie ktoś kiedyś wpadł na pomysł, że szybkie auta to fest zabawa.kliknij aby powiększyć Nie bójcie się dawać nam więcej niż 150 koni. Poradzimy sobie! Dlaczego Japończycy mogą mieć Levorga w wersji WRX z mocnym 300 konnym silnikiem a my nie? Okropnie mnie to irytuje. I pewnie sprawi, że sporo osób poczuje się, jakby Subaru sadzało ich na karnym jeżyku. Dlatego martwię się, że potencjalny klient pocieszy się zakupem Leona Cupry kombi czy innej Skody RS, które według mnie są brzydsze i robione na siłę…

kliknij aby powiększyć
Bo gdyby Levorg, ze swoim wprost bajecznie zestrojonym zawieszeniem i pięknym, klasycznym designem, mógł generować nawet te 250 koni i współpracować z manualną skrzynią, to byłby już ideałem w klasie kombi. A tak mamy mikre 1.6 turbo dające żenujące 170 koni. Nie zrozumcie mnie źle, silniczek 1.6 doprawiony dodatkową magią w postaci turbiny czy kompresora i generujący ponad 160 koni to fajna sprawa, ale w Mini Cooperze S z 2004 roku, który poganiał do setki w niecałe 7 sekund i galopował jak głupi ponad 220. kliknij aby powiększyćAle Cooper S kończył się w miejscu, w którym Levorg zaczyna mieć tylne drzwi, wielki kufer i dodatkowe kilkadziesiąt kilo mechanizmu na cztery koła. Co przekłada się w prawie 9 sekund do setki i prędkość maksymalną ledwo człapiącą ponad 200km/h. To za mało na kompaktowe kombi. I o wiele za mało na sportowe kompaktowe kombi ze znaczkiem Subaru. Tym bardziej, że to 1.6 turbo jest trochę ni w dupę ni w oko. Bo tak, czuję te niedostatki mocy i denerwującą skrzynię, ale w zasadzie paliwa poszło mi sporo, bo momentami ponad 8.5 do 9 litrów w trasie. Trochę to bez sensu. Chyba wolałbym przepalać 10-11 i mieć większą frajdę z pociskania gazu…

Podsumowując, w knajpie o nazwie Levorg wszystko zdaje się idealne. Tylko strasznie zmarnowali całą tą potencję podając niedorzeczny deser…

Podzękowania dla Subaru Technotop Lublin za wypożyczenie tej czerwonej pięknoty. I dla Subaru Polska oraz magazynu Plejady, w którym niedługo ukaże się mój drugi, znacznie bardziej obszerny test tego kombi.
Oddzielne i niezmiernie ciepłe podziękowania dla mojej żony za zdjęcia!:)

Solanum tuberosum

Ziemniak.
No cholerna pyra. W sumie to nic specjalnego, zwykła, przypominająca otoczaka bulwa o w zasadzie umiarkowanym smaku i zapachu. Ale czy wiecie, że to czwarta pod względem ilości uprawy roślina uprawna na Ziemi? Takie gówniane niby nic, a znalazł swoje miejsce w większości kuchni świata. A dosłownie tysiące dań nie jest w stanie się bez niego obejść.
Rocznie zjadamy ponad trzydzieści kilo tego glinianego pędu i chyba niezbyt da się wyobrazić życie bez niego.
Ot, takie niczym niewyróżniające się „byleco”, ale nadaje się zawsze w sam raz.

Siedzę sobie właśnie i przeglądam zdjęcia Citroena C4, którego testowałem po koleżeńsku młodym wilkom (bo „chłopaki” to są ponoć w agencjach towarzyskich) z LEFTLANE.PL i zastanawiam się, czy w roku 2015 możemy kupić bardziej ziemniaczany, bardziej zwyczajny heczbak?
IMAG3649
Owszem jest Golf/Polo/Leon/Ibiza/Rapid (niepotrzebne skreślić) ze swoimi szpanerskimi, kanciastymi liniami i tym wspaniałym, pokazującym środkowy palec dieslem pod maską, który zrobił w jajo całe Stany i sporą część Europy, przez co ludzie w sandałach, czyli wszyscy ci „nastawieni ekologicznie” mają następne zmartwienie.
Mamy też różnego rodzaju heczbeki od Nissana, Hondy, Mazdy, Kii czy Renault, które dość często aspirują do miana ekscytujących i sportowych maszyn, ale to tylko zbędna otoczka. Są po prostu jak wasz ojciec. Nie będzie on ani odrobinę sportowy, gdy obetnie sobie włosy na Messiego, kupi kolorowe Najki i zainstaluje sobie endomondo.
To dalej będzie wasz ojciec, tyle że ubrany jakby dopiero co wrócił z NRD.
Nie chcę nawet mówić o heczbakach Audi, Bemy, Merca czy Lexusa, bo jednak kupowanie heczbaka za kontener pieniędzy moim zdaniem mija się z celem. Heczbak przestaje być heczbakiem a staje się manifestacją tego, że w sumie dobrze nam się powodzi, ale mogłoby lepiej, skoro mamy tylko heczbaka. I jak kiepski mamy gust odnośnie aut. Poza tym, gdy widzę nową klasę A Mercedesa i nie jest to wersja AMG zastanawiam się, co do cholery podkusiło osobę, która nim jedzie, skoro wydała furmankę pieniędzy na niespecjalne auto, które nie ma do zaoferowania nic ponad to, co kilkadziesiąt tysięcy tańsi konkurenci?
DSC_1601

Wracając, więc do rolniczego żargonu – mamy całe mnóstwo papryczek jalapenos, bakłażanów, kaszy kuskus, szafranu i trufli, ale nic z tego nie jest tak dobre i uniwersalne jak ziemniak. Oczywiście, nie mówię, że ziemniak nadaje się do wszystkiego, bo nie nada się zrobienia budyniu, czy rosołu, ale i tak jest nieodzowny w naszej kuchni.
IMAG3665

Doczłapuję więc powoli do clou, czyli do nowego Citroena C4 w kolorze ziemniaka. Miałem z nim mnóstwo zabawy, mimo faktu, że zdaje się tak bardzo nijaki i…brązowy.
IMAG3670
Na początku myślałem, że skoro pod maską zamontowano etiopskiego suchotnika o pojemności mniejszej niż butelka Oranginy, będzie jeździł do kitu. Na całe szczęście ta popieródłka o trzech cylindrach została wzmocniona turbozaurem i zdolna była wykrzesać z siebie 130 koni mechanicznych! I nie do końca zgadzam się z tym całym „downsizingiem”, gdzie silniki o pojemności kocich jąder mają dużo mocy pochodzącej głównie z turbiny, bo nie wróży im to długiej, bezawaryjnej pracy, ale ten tutaj mały zawodnik dawał sobie nieźle radę!
DSC_1444
DSC_1462
Poruszanie się po Warszawie, gdzie kierowcy wzorują swój styl jazdy na grze Death Rally, nie stanowiło problemu. Silniczek szybko wkręca się na obroty i jeżeli nie słuchamy się elektrycznego brodacza w sandałach, który sugeruje zmianę biegów przed osiągnięciem 3000 obrotów, jesteśmy w stanie dziarsko wyrywać do przodu. Turbina w tym silniku zdaje egzamin, bo moc jest w zasadzie dostępna w bardzo szerokim paśmie i w dostatecznej ilości. Dzięki czemu francuski kartofel zaczyna łapać zadyszkę dopiero przy 180 – 200km/h, co jest niezłym wynikiem, jak na tak „normalnego” hatchbacka.
DSC_1595
Jeżeli chodzi o zawieszenie, to według mnie, mamy szczęście, że Citroen nie utwardził go, ani nie usportowił, ponieważ w żadnym wypadku C4 nie aspiruje do miana auta dla „wymagających kierowców”. I bardzo dobrze, nie wiem, kto chciałby wymagać od średniego, auta rodzinnego jakiś wyuzdanych osiągów i mega-sportowej przyczepności. Jeździmy więc wygodnie i miękko, ale i gdy trzeba szybko. Nie ma tu kompromisów pomiędzy normalnym a sportowym samochodem, bo po co? Citroen nie szczuje nas następnym z grona „modnych” hothatchy, które w zasadzie zawsze muszą poświęcić jedną z cech na korzyść innej.
IMAG3676

Zawiodło mnie jednak wnętrze tego samochodu. Bardzo chciałem by było odjechane – czyli takie do jakiego przyzwyczaił nas Citroen. By oczywiste przyciski były na nie swoich miejscach, a zamiast kierownicy był drążek zmiany biegów lub inne takie.
DSC_1412
Więcej też spodziewałem się po systemie multimedialnym i nawigacji. Pamiętam ten, którego używałem w nowym C4 Grand Picasso – był niesamowity, robił różne zabawne sztuczki i posiadał ładny graficznie interfejs. Niestety stało się coś dziwnego, bo „tableto-sterownik” w C4 wygląda, jakby był starą Nokią Communicator. Jednym słowem – trochę śmierdzi już kurzem i pudłami ze strychu. Nawigacji brak grafiki 3D a ponad 7calowy ekran nie posiada multi-toucha. Szkoda, bo to zmarnowany potencjał.
cl 14.163.006
Jest za to system keyless oraz fajoskie gniazdko 230V, do którego można podpiąć normalną wtyczkę, dzięki czemu możemy używać w aucie żelazka, lokosuszarki albo frezarki!

Nie, śmieszkujemy sobie trochę, ale trzeba oddać Citroenowi, że wnętrze C4 jest bardzo spójne i eleganckie, można powiedzieć konserwatywne. I to tyczy się również jego funkcjonalności. Niestety nie ma gdzie położyć kluczyka, który też wygląda jak mały ziemniaczek,(co chyba nie jest przypadkiem) przez co przewala się on jak otoczak po wnęce pod radiem.
IMAG3679
Kolejnym minusem jest jeszcze to, że w środku jest tak ciemno, buro i szaro jak w szafie zakonnicy. Przydałyby się mocniejsze przebicia. I nie tylko poprzez ogólne rozjaśnienie. Myślę bardziej o żywszym zwiększeniu kontrastów pomiędzy kolorami. Nadałoby to trochę życia…
IMAG3671
W całokształcie dostajemy całkiem smaczne i pożywne warzywo, które może i zdaje się niezbyt awangardowe i egzotyczne, ale doskonale sprawdza się w codziennym życiu. I takie warzywo, jakim jest nowe C4, dzięki kilku przyprawom – niezły silnik oraz ogólna spójność stylu – nawet nieźle mi smakowało.
3l9 jpg

Dzięki wielkie dla Citroen Polska, które wypożyczyło auto. I z kolei drugie wielkie dzięki dla kolegów z LEFTLANE.PL, bez której ta wypożyczka nie byłaby możliwa:)
Potestujemy jeszcze coś, wierzę!;)

Drugie podziękowanie należy się Mateuszowi z M7foto.pl, za poratowanie kilkoma świetnymi zdjęciami (tak, to ładne nocne, nie te robione komórką, bo te są moje;)), w momencie, gdy stary wiarus Pentax mojej żony doszedł do wniosku, że jest „już za stary na to cholerstwo”… I że idzie na emeryturę…

PS. Jeżeli chcecie przeczytać jeszcze inne moje przemyślenia na temat tego samochodu, zajrzyjcie też na LEFTLANE.PL o tutej 🙂

Subaru Outback – poproszę dokładkę mięsa!

Pamiętam jak jeden, jedyny raz jadłem Naprawdę Wykwintną Kolację w Towarzystwie. Ponieważ jestem prostym człowiekiem i najlepiej cieszę się z kebaba zjedzonego na Placu po Farze o 2 w nocy, gdy idąc z baru mam już kroki z lekka majowe, takie wykwintne kolacje pozostają mi w pamięci.

Co to był za wieczór! Byłem w stolicy. Byłem ubrany chyba nawet w marynarkę i spodnie, które nie są jeansami czy bojówkami. Restauracja była w samym centrum, a kelner miał tak błyszczące guziki , że założę się o wszystko, miał zakaz zbliżania się do okien by nie oślepiać kierowców. Łokieć w łokieć siedział obok mnie Redaktor Naczelny Bardzo Znanego Miesięcznika Motoryzacyjnego i raczył mnie cudowną i zabawną anegdotą, na temat tego jak wpadł w poślizg i o mało nie rozbił Mercedesa Gullwinga, który na pewno jest wart więcej niż cały dług Grecji. Chichrałem się jak nastolatka i myślałem, że już lepiej być nie może.

Pan Świecący Guzik podawał wspaniałe wina o smaku pagórków Toskanii, czy tam innego miejsca, gdzie rosną winogrona a ja siedziałem w gronie różnych wspaniałych ludzi i z radością uczestniczyłem w wieczorze. Po chwili kelner, którego na potrzeby tekstu nazwę Sputnik, podszedł by przyjąć zamówienia. Wybrałem sobie coś, czego nazwę bankowo wymyślił Lech Roch Pawlak a kończyła się na „łąłą” jako pierwsze danie i „sisuciscisułebebą żę coś tam ął bebą” na drugie, w dalszym ciągu zatapiając się w cudownych anegdotach Redaktora Naczelnego Znanego Miesięcznika. Po pewnym czasie, gdy czułem już, że wino rozbija się o puste fiordy mojego brzucha, Sputnik zaczął wnosić dania. Wszystkie wyglądały dość cudacznie, jak malutkie makietki Warhammera 40 000. Pachniały bosko, i smakowały nieziemsko. Nawet moje chamskie, przepalone kebabami, piwem i batonikami „Bajeczny” podniebienie czuło się świetnie!

Po kolacji, późnym wieczorem odwieziono mnie i innych gości do hotelu. I wiecie, co? Jadąc windą do pokoju, poczułem, że ok, wieczór nieziemski, ale jestem cholernie głodny! Niestety, by zamówić Burgera z frytkami do pokoju, musiałbym najpierw postać trochę na ulicy z wyzywającym makijażem w czerwonej mini i pończochach – bo tak niesłychanie droga była ta przyjemność. Zrezygnowany wessałem całe pudełko TicTaców i zasnąłem, śniąc o kebabie na Placu po Farze.

I dochodzimy tutaj do sedna sprawy, jakim jest nowy Subaru Outback.

IMGP2978To auto to naprawdę taka wyborna Kolacja w Towarzystwie! Jest przepastny, wielki i wygodny. Wspaniałe radzi sobie w terenie i posłusznie wykonuje komendy kierowcy. Ponadto wygląda na auto, na którym możesz polegać bardziej niż na żonie. Jest wspaniały. Wyglądem trochę różni się od poprzednika.

IMGP3083 Głównie zyskał przód, który już nie wygląda jak Jolanta Pieńkowska. Teraz ma bardziej marsowe czoło i gniewnie rozrysowaną linię świateł.. Wraz z poważniejszym przodem cała sylwetka auta nabrała nobilitacji. Poprzedni Outback wyglądał tak, jakby ktoś zbudował czołg na podwoziu małego Fiata. Wielka, podniesiona kombi-bryła na kółkach z samochodziku Polly Pocket. Straszna pokraka.

IMGP2890A teraz mamy do czynienia z całkiem przystojnym skurczybykiem. Wszystko w jego proporcjach jest wyważone i wyliczone jak u George’a Clooneya. Naprawdę, jest to jedno z aut robiących doskonałe wrażenie!

IMGP2864Poprawiono też wnętrze, które nie straszy już okropnymi, pionowymi wlotami powietrza i gąszczem guziczków robiących różne rzeczy. W dodatku to bardzo mądre wnętrze. Było w nim całe mnóstwo opcji, których w zasadzie nie potrzebujemy, ale lubimy. Zapamiętywanie ustawień fotela, bezprzewodowe łączenie smartfona MirrorLink i Internetu Subaru StarLink. Nagłośnienie Harmann Kardon, które uwielbiam w każdym aucie, w jakim tylko się znajduje. Większość funkcji spięta jest w tablecie – wyświetlaczu na środku konsoli.

IMGP3100IMGP2970

Działa to lepiej niż dobrze i jest o wiele bardziej intuicyjne niż w systemie, który pamiętam z WRX’a. Jeżeli więc nie jesteście małpą, albo koniem, nie powinniście mieć problemów ze sparowaniem telefonu, czy wpisaniem „Klub z gołymi babami” w nawigacji.

IMGP3098No, ale jak to jeździ? No jak? Przyzwoicie. Gdybyście zechcieli zaglądnąć Outbackowi pod spódnicę, znaleźlibyście klasykę od Subaru, – czyli stały napęd na 4 koła AWD z mocą rozdzielaną w proporcji 60:40. Dzięki temu napędowi Outback nie boi się zjechać z asfaltu i może być użyteczny nawet w lekkim terenie. Nie ma oczywiście mowy o zabraniu go na rajd Dakar, ale spokojnie dowiezie was do lasu, czy nad jezioro. Poryliśmy z Magdą trochę wąwozów lessowych w okolicznych lasach i Outback zniósł to beż najmniejszego problemu. Nie wiem, co japońce zrobili z zawieszeniem, ale to chyba najbardziej genialny element auta! Wiecie, dobrze działające zawieszenie na asfalcie to w naszych czasach w sumie żadna filozofia. Tak samo, jak dobrze działające zawieszenie poza ubitym szlakiem. Ale zbudowanie go tak, by było równie skuteczne i komfortowe w obydwu przypadkach, to już duża sztuka. Zdarzało nam się pruć miedzą między dwoma polami, czyli miejscu gdzie przeważnie jeżdżą traktory, z prędkością grubo ponad 70km/h a Outback sunął jak krążek w cymbergaju.

IMGP2967IMGP3043

Żadnych zbędnych ruchów karoserii, żadnego stękania i dobić zawieszenia. Zupełnie jakbym jechał po parkingu przy galerii handlowej. Niesamowite wrażenie! Elektryczne pastuchy również nie należą do tych inwazyjnych. Swobodnie można pozwolić sobie na lekki uślizg kół, zanim zaczną swoja pacyfikację. A i to robią z kulturą i ogładą, dzięki czemu jako kierowca czułem się fajnym, mądrym, zdolnym, docenionym, przystojnym szczupłym blondynem o lazurowych oczach.

IMGP3074A nie hobbitem o posturze kontenera, który cały zasapany i przestraszony, walczy o władzę nad kierownicą z elektro SS-manem z Kontroliertrakcionwaffe, co zdarza mi się w innych autach. Fajnie mieć jednak jakąkolwiek władzę nad autem na granicach jego przyczepności. Tym bardziej, gdy wiemy, że mamy też ukrytego dżina nad lusterkiem środkowym. A ten dżin ma na imię EyeSight. To taka genialna w swojej prostocie konstrukcja, która polega na tym, że mamy dwie kamery. Jakiś mądry, mały Japończyk nauczył je, jak wygląda dziecko, ściana, staruszek, łoś, kuna i wiele, wiele innych rzeczy.. I kiedy to samochód znajduje się za blisko tych rzeczy a my jako kierowcy nic sobie z tego nie robimy, te kamery to zauważą i „podejmą stosowne działania”. Miałem nadzieję, że te „działania” polegają na zmianie Outbacka na przykład w mały helikopter albo odrzutowiec jak w kreskówce „M.A.S.K”, ale ograniczają się tylko do pipczenia na nas i hamowania. I tak nieźle.

IMGP2868IMGP3105

Przyjąłem ten system ingerencji w zachowanie kierowcy z dziwnym spokojem. Bo w sumie, jeżeli wkurzy mnie sto razy niepotrzebnym pipczeniem, ale za sto pierwszym jednak naprawdę zadziała to i tak jest sens w jego montowaniu. Więc tak, jeździłem wspaniałym, dopracowanym technicznie autem, które jest ikoną i archetypem swojej niszy i bawiłem się jak nigdy. Dlaczego więc w dalszym ciągu czułem się głodny, tak jak wtedy, po kolacji? Powodem tego jest silnik. A raczej jego namiastka. Nie wiem jak to możliwe, ale na naszym rynku Subaru udostępniło tylko dwa motory. Jeden z nich to dwulitrowy diesel o mocy francuskiego hatchbacka. Drugi to brzmiące lepiej, wolnossące dwa i poł litra benzyny, o mocy niemieckiego hatchbacka. Niestety, diesel oddaje kierowcy żenujące 150KM a benzyniak, na którego nakładana jest wyższa akcyza z powodu pojemności, rozczarowujące 175KM. ROZCZAROWUJĄCE. To właśnie idealne słowo. Bo wszystko jest pięknie, jesz ten wykwintny obiad w marynarce i rozkoszujesz się teksturą wina na podniebieniu, ale gdy obok na światłach stanie Whopper XXL z frytkami – na przykład Audi A6 Allroad, którego najsłabsza wersja ma 218 a najmocniejsza 333KM, czujesz nagle, że nie jesteś kompletnie syty. I że chętnie zjadłbyś jednak coś konkretniejszego.

IMGP3080IMGP3036

I nie wiem, czy winę ponosi bezpośrednio Subaru w Japonii, czy ta banda nierobów z Brukseli, dla której słowo „sześć cylindrów” jest równoznaczne z „belzebub”, ale zarówno w USA, jak i w Japonii, można kupić to wspaniałe auto z silnikiem, który nie przyniesie wstydu – 6 cylindrowym boxerem o pojemności 3.6 litra i mocą ponad 250KM! Jest to silnik, na jaki to auto zasługuje i jestem tego pewien, z jakim potrafi wykorzystać w pełni swoje umiejętności.

IMGP2922 Bo jeżeli chodzi o motoryzację, to zawsze najlepiej jest chadzać na wykwintne kolacje w Towarzystwie. Ale zamawiać na nich największe steki z frytkami.

serdeczne dzięki dla Subaru Technotop Lublin za udostępnienie do testu tego Olbrzyma:). I SUBARU POLSKA za pomoc przy organizacji!No i oczywiście mojej Magdzie! klasycznie – za zdjęcia!:)

GARAŻ GROZY

Właśnie skończyłem przeglądać książkę o wdzięcznym tytule „CRAP CARS” sygnowaną logo BBC oraz TopGear. Muszę przyznać jedno – facet który ją redagował to skończony przygłup! A to dlatego, że wśród prezentowanych w niej oczywistych motoporażek, jak Reliant Robin czy Suzuki Wagon R, znalazły się również takie cuda jak Renault Safrane, Renault 9, Mitsubishi 3000GT czy nawet Maserati Biturbo i czadowe Subaru XT.

Rozumiem pojawienie się w tej książce Poloneza czy Malucha. Polacy mają do nich sentyment. W czasach gdy powstały nie było nic innego. Były więc marzeniem każdego kierowcy i niedoścignionym wzorem. Skończyło się to tym, że konstruktorzy wpadli w samozachwyt nad tymi swoimi cudami i postradali zmysły, co zaowocowało brakiem większych modernizacji tych modeli przez następne 40 lat. Rozumiem też powód dla którego pojawiła się Łada serii 2107 oraz Trabant, bo to dziadostwa jak żadne inne i były nimi już w dniu, gdy jakiś sowiecki lunatyk postanowił je wyprodukować.

Jednak w ogólnym podsumowaniu i tak zdecydowaną większość modeli oceniłem na „brałby” niż na „meh”. Dlatego wpadł mi do łba wspaniały pomysł. Skoro pisałem już wam nie tak dawno o moim Garażu Marzeń, stworzę teraz Garaż Grozy – tak dla równowagi.

Mam dziwny gust motoryzacyjny, więc taki tekst może przynieść nam sporo świętego oburzenia i kręcenia z niedowierzaniem głową. A może już więcej tu nie zajrzycie, bo takim niesmakiem napełni was poniższa lista?

Przekonajmy się!

UWAGA! OŚWIADCZAM: Wolałbym mieć do końca życia same Multiple (które przynajmniej mają jakiś charakter), niż jeździć którymś z tych monstrów przez rok!

Fiat Siena

Pamiętam jak w podstawówce zdarzało mi się zostawić kanapkę z serem w plecaku na całe wakacje. Po dwóch miesiącach leżakowania w plecaku wyglądała jak twarz matki Sylwestra Stallone’a. Nigdy nie przypuszczałbym, że zainspiruje ona inżynierów i designerów Fiata do stworzenia auta, którym była właśnie Siena.

Bo Siena wyglądała okropnie! Jak spłaszczona, wymemłana buła. Widywałem już lepsze zachowanie proporcji w dokumentach o syjamskich bliźniakach na Discovery.

Fiat_Siena_Sedan_1997

Siena była bowiem wszystkim tym, co najgorsze we włoskiej motoryzacji sprzed milenium! Kupowali ją ludzie, których mamiła wizja „auta z salonu”, a kompletnie nie odstręczał okropny wygląd, wyposażenie jak z baraku w obozie pracy i silnik inspirowany ludźmi chorymi na malarię. Jednak auto to miało jeszcze jeden, niesamowicie beznadziejny drobiazg. Była to dumna naklejka z cyfrą 75 na błotniku, która to odzwierciedlała moc auta. W całej historii motoryzacji nie było bardziej żałosnej próby zaimponowania czymkolwiek komukolwiek. Nigdy! 75 marnych koni, zapchanych bułą z serem! To jakby mężczyzna nosił koszulkę z napisem „mam rozczarowująco małe prącie”!

fiat_siena_1997_pictures_1

Nie znam nikogo, kto spojrzałby na tę deklarację mocy i powiedział „No, ten to pewno zapier*ala”

Brzydkie i żałosne – żałosne i brzydkie.

Audi A3

Okej, rozumiem, że w momencie wprowadzenia na rynek nowe A3 mogło się podobać, bo czemu nie? Jednak mówimy o naszym rynku, na którym rozbija się po drogach jeszcze tysiące takich trupów z przebiegiem większym niż „Sokół Millenium” Hana Solo. Naprawdę nie wiem jak można chcieć sprowadzić sobie „z zagranicy” tego skatowanego, wymemłanego Golfa MK4 z innym przodem i czterema pierścieniami na masce? Chyba że dla szpanu pod remizą.

Audi_A3_front_20080326

I powstaje pytanie – jak bardzo musimy być nieogarnięci by podobało nam się to auto? Wytłumaczę to na prostym przykładzie stawiania pasjansa w Windowsie. Grasz w pasjansa bo akurat masz czas, jest zainstalowany, nie wymaga wielkiej koncentracji i nie zaskoczy cię armią Orków wypadających zza winkla jak inne gry komputerowe, prawda? A teraz wyobraź sobie, że w zasadzie tego samego pasjansa robi EA Games. Owszem, jest trochę bardziej świecący, ma ładne pudełko i jest atrakcyjniejszy graficzne, ale tym razem musisz do niego sporo dopłacić! A przecież gra jest w sumie taka sama. Tracisz pieniądze z powodu znaczka EA, a mogłeś grać w normalnego pasjansa – czyli Golfa. Stare, używane A3 to właśnie ta sama gra, tylko od EA.

Audi_A3_rear_20080326

PS Poza tym bardzo często widzę te złachane trupy powożone przez gości w białych czapkach nasadzonych na potylicę, jadących w oparach autogazu i przy dźwiękach disco-polo Nie wierzę, że to pojedyncze przypadki. Więc nie, dziękuję!

Renault Thalia

Nie wiem jak można było do tego dopuścić. A jednak Thalia weszła do gamy Renault i o dziwo, cieszy się wzięciem. Nie rozumiem jednak, kto pozwolił na jej produkcję?

Po mizernych, zachowawczych i bezpłciowych pierwszych generacjach Megane, Laguny i Clio Renault weszło w nowe tysiąclecie z przytupem. Laguna II obsługiwana kartą-pilotem, Megane II wyglądające jak żelazko ze Star-Treka czy takie cudeńka jak Vel Satis i Avantime uświadamiały nam, że francuscy inżynierowie podostawali pewnie od kierownictwa bean-bagi zamiast krzeseł biurowych i zjeżdżalnie zamiast schodów. Poza tym kazano im pewnie całymi dniami oglądać filmy SF i pozwolono chodzić do pracy w trampkach. Z całą pewnością dostali też pozwolenie na długie przerwy obiadowe obfitujące w wino, podczas których podszczypywali kelnerki. Dlatego cała gama modelowa Renault z tamtego czasu jest świeża, trochę zawadiacka i innowacyjna jak na swoje czasy. Jednak jest też awaryjna – i to ich cały urok. Ale czy aby na pewno wszystkie auta produkowane wtedy mają ten kapryśny styl?

NIE. Pojawia się wrzód na zadzie, opóźniony kuzyn – Thalia.

Renault Thalia 2002 002

Jeden z inżynierów nie lubił krótkich spodenek, zjeżdżalni i za skandaliczne uważał picie w pracy. Wziął więc całkiem ładny projekt Clio II z deski kreślarskiej kolegi, który poszedł strzelać dziewczynom ze staników i dorysował do niego obrzydliwy bagażnik. Powstało monstrum przypominające psa wycierającego dupsko o dywan! Jeden, klockowaty element z tyłu sprawił, że auto postarzało się o dziesiątki lat. Straszne. Brzydkie. Beznadziejnie zepsute na wieki.

Seat Ibiza

Niemiec na wakacjach na Majorce. Byłem, widziałem, nie zapomnę tego nigdy. Niemiec na wakacjach wygląda jeszcze gorzej niż w każdej innej sytuacji. No może poza tą, gdy stoi w mundurze z czaszką na czapce i krzyczy „Hende Hoch!”

Będąc na Majorce przeżyłem największą ilość Niemców na metr kwadratowy w moim życiu. A oni sami są okropni. Mają żarówiaste ubrania i rozchełstane koszule. Mają blond dzieci i blond żony. Wszyscy są spoceni i opaleni na wiśniowo. Piją niemieckie piwa i jedzą niemieckie wursty w niemieckich garkuchniach, których na wyspie trochę jest. Obwieszają się każdym tandetnym szajsem jaki wciśnie im pan Mbutu ze swojego obnośnego straganu. Ponadto, nawet gdy ich rozmowy mają wesoły wydźwięk, brzmią jakby psy gryzły się ze sobą, tocząc się w bębnie pralki z K2.

Taki właśnie był i w zasadzie jest Seat Ibiza. To taki Niemiec na wakacjach. Ubrali go w oczojebne kolory i doprawili w miarę bojową linię nadwozia. Wsiadasz do środka, zwiedziony tym całym festynem a tam III Rzesza. Szwabskie wnętrza i szwabskie silniki. Szwabskie zawieszenie i szwabskie prowadzenie. Oczywiście to akurat powinny być gigantyczne plusy. Niestety, ale żartobliwe odwracane hasło Seata „Hiszpańska precyzja – Niemiecki temperament” ma w sobie ziarnko prawdy. Bo możecie dać mi do złożenia najlepszy z zegarków od Patek Phillipe, a ja owszem, złożę go do kupy. Ale bądźcie pewni, że zostanie mi mnóstwo części, a zegarek będzie równie precyzyjny co przepowiednie nagabującej cyganki.

To samo stało się z Seatem. Hiszpanie woleli uciekać przed bykami, niż porządnie skręcać swoje auta. Gdyby się zastanowić, to wychodzi na to, że hiszpański hatchback dostał od Hiszpanów tylko kiepskie wykonanie i krzykliwe kolory. Cała reszta to Niemiec. Niemiec w klapkach i zabawnych szortach zdecydowanie do mnie nie przemawia.

SEAT Ibiza Mk II

Teraz mam naprawdę zagwozdkę. Zostały mi w zasadzie trzy auta. Dwa ludowozy i jeden Merc. Wzasadzie to nawet nie Merc. No nic, zacznę od pierwszego ludowozu.

VW Garbus

Jakoś nie kojarzę, by po wojnie robiono imprezy i grano koncerty rockowe w dawnych obozach koncentracyjnych. Ani nie zamieniano ich na kolorowe, pomalowane w kwiaty komuny hipisów prawda? I nie jestem do końca pewien, ale nie widziałem do tej pory myśliwców Messerschmitt przerobionych na place zabaw, ani dział samobieżnych Jagdpanzer V przekonstruowanych na pistolety na wodę do parków rozrywki. Dlaczego więc VW Garbus, zaprojektowany wespół przez Hitlera i Ferdinanda Porsche stał się ulubionym samochodem pomyleńców i hipisów? Zaprojektowano go przecież po to, by dumna rasa panów mogła beztrosko i łatwo przemieszczać się po podbitej przez siebie Europie. Gdyby o tym mocniej pomyśleć, to nawet trochę straszne, że Hitler oglądał plany Garbiego i zachwycał się pod wąsem „ja, schon, wunderbar, das kleine automobilem będzie woził meine aryjczyków po trupach naszych wrogów, ja!”

1952-volkswagen-beetle-side

I nagle, ni z tego ni z owego po wojnie w tym paskudztwie na kołach zakochali się  wszyscy hipisi świata. Zdaje mi się, że w Stanach był antytezą samochodu, opozycją do wielkich, obszernych krążowników szos, które tak uwielbiali Hamerykanie. Spójrzcie tylko na ten paskudny, obły kształt i na te głupie wybałuszone reflektory – to antyteza samochodu. Pstryczek w nos każdemu kto ceni wygodę, prędkość i frajdę z jazdy. Dziadostwo to przez cały okres produkcji mogło szczycić się osiągami emeryta-inwalidy. Początkowa moc to zapierające dech w piersiach 25 KM. Pod koniec produkcji, wyniesiono ją na jeszcze wyższe pułapy około 50KM. Nie chodzi o to, że teraz brzmi to biednie. To zawsze brzmiało biednie, nawet w czasie gdy go produkowano.

maggiolone

Podsumowując: Garbus, czyli auto ideał dla anty-systemowego hipisa. Brrrrr, aż przechodzą ciarki.

VW Touran

Nie, nie wierzę, że ten samochód powstał zaledwie kilka lat temu. Jak to w ogóle możliwe, żeby w XXI wieku ktoś w ogóle mógł zaprojektować tak mdłe, bezpłciowe i nudne nadwozie? Podejrzewam, że ówczesny szef VW Ferdinand Piëch przyszedł do inżynierów i powiedział: „Francuzi robią bajeranckie minivany. Każdy normalny człowiek, kupując minivana leci do tych bagietkowatych tchórzy! Zaprojektujcie mi minivana, który będzie kompletnie inny niż te ich Sceniki i Pikassy! Ma być zbudowany według „ordnung” i w żadnym razie nie może być ładny, ciekawy ani designerski. Kto ośmieli się używać przy tym projekcie wyobraźni zostanie pobity linijką po łapach!” Po czym wniósł im do biura kawałek żużlu, książkę telefoniczną, stary faks i padniętą krowę, aby mieli coś, co ich zainspiruje.

2005_volkswagen_touran-pic-33068

I tak właśnie powstał Touran – wielka, smutna bryła beznadziei, która wyszła naprzeciw ludziom żyjącym jak rośliny, którzy za nic w świecie nie chcą czerpać radości z życia.

volkswagen-touran-van-1208-6915_v1

Spójrzcie tylko na zdjęcie! Zdarzało mi się widzieć bardziej interesujące cegły. Swiatła są światłami. I Są prostokątne. Jak to światła. Drzwi są najbardziej „drzwiowymi” drzwiami w historii samochodowych drzwi. Przód mieści komorę silnika, chłodnicę i tablicę rejestracyjną. I już ziewam z nudów. Nie wstawię wam zdjęcia jego wnętrza, bo wszyscy co do jednego zapadniecie w śpiączkę…

Gdyby Touran był ciałem niebieskim, na pewno byłby czarną dziurą – pustką tak ciemną, że aż pochłania światło i czas.

MIEJSCE PIERWSZE – Smart I generacji

Pierwszy Smart to taki mój samochodowy odpowiednik posła Wiplera. Gdy go widzę na drodze, mam ochotę rozpędzić się i wjechać w niego z całym impetem jak japoński Kamikadze.

Smarta zaprojektowali Niemcy. Myśleli, że będzie zabawny i „cool”. Niemcy. Zabawny. Cool.

Powtórzę. NIEMCY – ZABAWNY – COOL. Rozumiecie o co chodzi, nie?

W efekcie powstało następne anty-auto. Serio nie wiem, jak oni to robią, ale to już następny po Garbusie, Polo, Mercu A, nowym Foxie i Lupo mały niemiecki samochód, który aż zieje beznadzieją.

smart_fortwo_1998_wallpapers_1

Jest brzydki. Nie ma przodu ani tyłu. Wygląda więc jak wenezuelska nastolatka, która jeszcze nie dostała w prezencie na 16 urodziny pakietu operacji plastycznych. W zasadzie to jest budką ciecia parkingowego na kołach. Albo zmotoryzowanym Toi-Toiem. Za każdym razem gdy go widzę, czuję się mocno obrażony. Na Boga, przecież jest tyle fajnych, małych aut! Między innymi Nowe MINI, Peugeoty 106/107 i nawet 1007 jest też Toyota Aygo i IQ, Renault Twingo oraz chociażby Fiat 500.

Poza tym, nie chciałbym przejechać Smartem nawet po parkingu! Siedząc w środku cały czas myślałbym, jak niewiele przestrzeni dzieli mnie od auta przede mną i za mną. To jak jeździć z prędkością 80km/h w kontenerze na frakcję suchą.

1039960smart_nyc058

Gdyby jeszcze argumentem była cena – „kupiłem te paskudztwo, bo kosztowało 7 złotych”. Ale nie, bo Smarty były od cholery drogie! Wiem, że są na świecie ludzie, którzy kupiliby nawet buty wyglądające jak koń zdychający w bagnie i niewygodne jak klocki lego, gdyby były zrobione przez Johna Lobba albo Louboutina.

Smart2007

Spójrzcie tylko na kobietę ze zdjęcia powyżej. Nie chcielibyście się z nią kolegować prawda? Na bank lubi ona wnosić pozwy i głośno krzyczeć przez zaciśnięte zęby swoje racje. Antyteza sympatycznej osoby w antytezie fajnego auta.

I jednak nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, że auto zajmujące tak małą przestrzeń jest tak odrażające. Przecież Smart Roadster był całkiem fajny, a Smart na 4 osoby nawet trochę nudnawy. Dlaczego więc dwuosobowy jest tak szpetny i denerwujący? Nie mam pojęcia…

PS Najlepsze jest to, że w tym roku zadebiutował najnowszy Smart ForTwo. Ma nawet maskę z przodu! Szalenie mi się podoba! Jeździłbym jak Gustlik człołgiem! Widać więc, że jak chcą, to mogą! Tylko popaczcie:) 

2015-smart-fortwo-by-brab-24_1600x0w

Tak sobie wszystko przemyślałem i sądzę, że mógłbym kontynuować tę listę jeszcze dalej i dalej. Nie zdążyłem opisać upośledzonych hipopotamów, które Mercedes nazwał klasą A i B. Nie opisałem również Toyoty Yaris Verso, ani kota srającego w sieczkę – Fiata Stilo w wersji 5-drzwiowej. Na wspomnienie zasługuje też jeżdzący styropian – Daewoo Matiz. Brakuje mi też miejsca na moto odpowiednik Lucka z „Na Wspólnej” – Nissana Tiidy.

Jednak auta, które znalazły się w tekście powyżej zasługują na specjalne miejsce w mojej galerii osobliwości, bo widzicie, nie chodzi tylko o wygląd tych aut. Chodzi o ich całokształt. Gówniane okładki do gównianych książek z gównianą treścią.

Zdjęcia pochodzą z internetu. Robili je jacyś wyjątkowo odważni ludzie. Połowa z nich jest dalej w śpiączce. Druga połowa i tak wpuszcza koszule w krótkie spodenki „Bomber”, więc nic co nudne ich nie rusza.

A Król nie został nagi – VW PASSAT 2015

Nawet będąc nagim, ten król zachowuje klasę!
Przeważnie rozpoczynam test taki jak ten jakimś przygłupim wstępem o tym, że zamiast nastawić pralkę podpaliłem ją, nie rozumiem zasady oddawania moczu, nie biegam z pobudek ideologicznych albo boję się ludzi w kostiumach maskotek. Wstęp ten ma zwykle za zadanie wciągnąć was jako tako w czytanie i być może zakrztusić herbatką, gdy znienacka docenicie Żenujący Żart Prowadzącego. Ma też za zadanie zrelaksować was i uśpić czujność, gdy dojdzie do nudnawej części tekstu w której profesór doktór Benzynoseksualny zanudzi was informacjami na temat tego, czy auto którym jeździł trochę skręcało          i przyspieszało. Czasami jeszcze pada informacja o tym jak hamowało i że wyglądało jak znana aktorka, karabin maszynowy, lub ewentualnie zwierzę.
Do tej pory to działało, bo auta którymi jeździłem miały jakiś charakterystyczny szczegół wokół którego mogłem snuć gawędę.

Z czymś mi się kojarzyły.
Teraz jednak stoję na parkingu w pobliżu obwodnicy Lublina i patrzę na auto z którym spędziłem już kilka godzin i w zasadzie nie jest mi do śmiechu. Po pierwsze dlatego, że przed testem wymyśliłem sobie taki wstęp pełen głupich żartów na jego temat, których jednak nie mogę już użyć ponieważ nijak się mają do rzeczywistości.
Po drugie samochód ten zdobył prestiżowy tytuł Car of the Year a to taki motoryzacyjny Oskar za całokształt pracy. A skoro niezliczona ilość profesjonalnych i poważnych dziennikarzy motoryzacyjnych nadała mu to zacne miano, kimże ja jestem by mówić że od lat jest to ulubiona fura różnorakich taryfiarzy, nudziarzy i Januszy i Osób Ze Świdnika?IMGP3289
Ok, chyba największe moje zaskoczenie – bez owijania w bawełnę – panie i panowie! Volkswagen Passat!
Rozumiem historyczne uwarunkowania które uczyniły z Passata istnego króla polskich dróg i mokry sen każdego, kto ma w sobie Polską krew. Na ten zaszczytny tytuł zapracowały druga, trzecia i czwarta generacja flagowca z Niemiec. Ale po kolei.
Podczas gdy w latach 90. można było mieć paskudny relikt, który powinien być już dawno modernizowany, o nazwie Polonez Caro. Albo równie mizerną, sprowadzaną Skodę Favorit (ukochane auto działkowców) lub inny ohydny chłam pod postacią różnorakich Ład, Fiatów i Zastaw. Passat zaś, ze swoim długim dziobem i podzespołami wprost z niemieckich desek kreślarskich, był wręcz niedoścignionym ideałem auta na każdą okazję. Mieścił 5 osób, furę bagażu, nie było nim wstyd podjechać do ślubu, ani tym bardziej przewieźć 3 metrów ziemniaków z pola na targ. Każdy normalny człowiek wiedział że to najlepsza opcja (no może poza Mercami 180 i ewentualnie modelami audi 80 i 100 , ale to trochę inna liga). Podsumowując – Passat latami budował pozycję auta trochę nudnego, ale zawsze niezawodnego i porządnego. I to w czasach, gdy nie było zbytniej alternatywy.IMGP3354
W 2015 sytuacja jednak trochę się zmieniła. Możemy wejść do salonu praktycznie każdego producenta i zakupić dowolne auto z dowolnym silnikiem, nadwoziem, kolorem i tapicerką. Nowe auta mają premiery co minutę a każda nisza, jaką tylko jesteśmy w stanie wymyślić jest już pełna terenowych coupe lub innych Nissanów Juke’ów.
Dlatego inżynierowie z oktoberfest-landu mieli mnóstwo roboty by tym razem król nie został nagi.

IMGP3304
I nawet się udało, bo nowy Passat rzeczywiście ma charyzmę. Jednak nie jest to w żadnym wypadku wzruszająco piękne auto! Za to jest w nim coś ze starej szkoły projektowania – warsztat i poczucie solidności, dobrze wykonanej roboty. Jest to całkiem nowy samochód, jednak z kilometra widać, że to Passat. Auto na kształt zespołu Modest Mouse. Możesz słuchać ich płyty pierwszy raz w życiu a zdaje Ci się, że słuchasz ich od zawsze, a kawałek który właśnie leci jest twoim ulubionym. Daje to duże poczucie pewności i swojskości.

IMGP3357
Co prawda Niemcy przyświrowali z lekka samą linią i przodem auta, jednak w żadnym wypadku nie mamy do czynienia ze stylistycznym trendsetterem. Miało być poważnie i elegancko. Dyskretnie ale z klasą. Mimo to odrobinę nowocześnie. I jak najbardziej się udało.

Kliknij mię, a się powiększę:)

Również w środku starano się zsynchronizować klasyczny wygląd deski rozdzielczej z nowoczesnym hi-techem. Zegary na przykład są multimedialnym wyświetlaczem, który możemy konfigurować w zasadzie jak się nam żywnie podoba. Można mieć zegary i mapę nawigacji między nimi. Można mieć też dane komputera pokładowego, systemu multimedialnego i ustawień auta. Rozwiązanie jest bardzo dobre szczególnie w przypadku mapy, ponieważ o wiele mniej odrywa się wzrok od drogi. Poza tym nieźle można przyszpanować, gdy po odpaleniu auta na wyświetlaczu zaczyna pojawiać się oprawa graficzna godna koncertu Pink Floyd. Świetne!IMGP3396

Dobra, pora skończyć stanie na poboczu obwodnicy. Tym bardziej że po jej przejechaniu wiem już, że 150 konna jednostka wysokoprężna, scalona ze skrzynią DSG sprawnie rozpędza auto do setki a jej animusz kończy się w okolicach lekko ponad 200km/h. Silnik jest żwawy, a samo DSG działa na tyle dobrze, że nie ma sensu wygłupiać się manetkami
w trybie sport. Poza tym, auto jest już tak nawiedzone, że od razu strofuje kierowcę, że wysokie obroty są passe i lepiej byłoby przejść w tryb automatyczny.
Auta takie jak Passat są nierzadko na wyposażeniach firm, gdzie służą często jako przysłowiowe „konie pociągowe” przez pięć dni, a w weekend muszą sprostać trudom rodzinnego dnia codziennego.IMGP3297

Stąd właśnie w Passacie znalazłem przeogromną ilość „asystentów” robiących wiele, wiele rzeczy! Jeden pilnuje przyczepy, jeżeli ją mamy. Inny z kolei pilnuje przechodniów i ostrzeże nas, że osobą na jezdni którą zamierzamy rozjechać nie jest jednak poseł Wipler. Następny pozwoli nam ogolić się rano i przejrzeć prasę jadąc do pracy, ponieważ weźmie na siebie ciężkie brzemię pełzania w korku. Jest jeszcze oczywiście aktywny tempomat i coś co Bratwursty nazwali „Area Wiew”- sprytny system kamer, dzięki któremu podczas manewrowania widzimy swoje auto na wyświetlaczu jak w starszych wersjach GTA –     w rzucie od góry. To jest zawalista sprawa.

IMGP3396Wszystkie te i inne niesamowitości pozwoliły Passatowi cieszyć się tytułem Car Of The Year.
Ja jednak chciałem sprawdzić ile „mięcha” zostało w tym Robocopie. Dlatego zjechałem tutaj z obwodnicy. Wyłączyłem wszystko, każde ESP  i asystentów, których da się wyłączyć i rozpocząłem poszukiwania prawdziwego, pełnokrwistego auta pod tą całą cyfrową otoczką.

IMGP3378
Passat świetnie się prowadził po wiejskich drogach, pomimo mokrej i popękanej nawierzchni! Każda nierówność była idealnie niwelowana,  a silnik ustawiony w tryb sportowy kręcił żwawo kołami. I mimo kilku dość zuchwałych prób, nie udało mi się zachwiać tym ogromnym autem.

Niekiedy, gdy naprawdę przegiąłem pałę, dało się wyczuć lekką podsterowność, lecz w pełni można było skontrolować ją pedałem gazu.

IMGP3322Inżynierowie z Volkswagena nie poszli na łatwiznę jak niektórzy ich konkurenci! Zbudowali bowiem dobrze prowadzące się i przewidywalne auto, które jest nim bez praktycznie żadnych wspomagaczy! Znam marki (nie powiem ich nazw na głos by ich nie pogrążać) które zaczęły już tak polegać na systemach w rodzaju ESP, że po ich wyłączeniu auta zaczynają się prowadzić jak pijana licealistka. Ryją dziobem na zakrętach, albo zamiatają dupą w najmniej oczekiwanym momencie. By po chwil wpaść w kompletny letarg i bełkotać bez sensu.IMGP3349
Tutaj widać, że nawet „ogołocony” z elektrokumpli Passat w dalszym ciągu robi robotę. Brawo! Szkoda, że nie dane mi było przetestować wersji z napędem na 4 koła bo sądzę, że prócz przyjemności z jazdy miałbym też niekiepską frajdę!IMGP3365
Wiem, że do Passata już na zawsze przylgnęła łatka samochodu dla przedstawicieli handlowych i różnego typu Januszy. Można sobie robić z niego podśmiechujki, nazywać „Pastuchem” albo „Passerati”. Nabijać się z jego, jakby nie patrzeć, betonowej stylizacji i konserwatywnego stylu. Ale te docinki mu nie stanowią, ponieważ i tak będzie na topie! IMGP3375Bo to jedno z tych niezwykłych aut, które z biegiem lat zdaje się kompletnie nie zmieniać. Ale z każdą generacją jest inne. Jest lepsze i lepsze. Podobna sytuacja jest z Porsche 911 i Subaru Foresterem..IMGP3327W ich wypadku nie można mówić o „nowych generacjach”. Bo „ewolucja” to raczej słowo, które je opisuje.
Zakończę parafrazą wyświechtanego już frazesu z piosenki zespołu The Who:
Poznałem nowego Szefa
Z wierzchu taki sam jak Stary Szef.IMGP3295

IMGP3370Podziękowania jak zwykle na końcu i oczywiście dla Magdy (folołujcie jej insta, tam zawsze nasze testówki na świeżo) – za tą oprawę fotograficzną, bez której nie da rady opisać auta. I dla  salonu Volkswagen Danelczyk, za możliwość testu! Salony tak chętne do współpracy są solą tej motoryzacyjnej ziemi:)

I folołujcie mój instagram (o tutej)- mnóstwo złotych myśli, cytatów z Paulo Cohelo, fajnych aut i zdjęć zabawnych rzeczy:)

GARAŻ MARZEŃ

Ni z tego ni z owego stuknęło mi 10 tysięcy wejść na bloga! Oczywiście przegapiłem to o jakieś 50 wejść za dużo. Uważam to za swojego rodzaju mały sukces, który przyjemnie motywuje do działania. Tym bardziej, że specjalnie się nie reklamuję, nie wrzucam wszędzie gdzie się da moich wypocin i nie żebrzę o „lajki” na fejbuniu. Fajnie wiedzieć, że przez ten ponad rok pracy udało mi się stworzyć te kilka tekstów, które przykuły waszą uwagę. Dzięki!

Poza tym przegapiłem coś, co „mejnstrimowa” blogosfera nazwała „share week” czy jakoś tam. Różni blogerzy wypisywali wtedy nazwy innych blogerów z dopiskiem kogo odwiedzają, szanują lub czytają. Dlatego teraz ja z moimi dość żałosnymi 10 tysiącami wejść, zamierzam podzielić się z wami jednym w zasadzie blogiem, którego odwiedzam dość często.

Bez owijania w bawełnę: tam ta ra ram tam tam! Zaglądam do kolegi po fachu Jozifa, który pisze o autach na blogu o jakże mylącej i enigmatycznej nazwie „Jozif o autach”.

Ponad to, mam zamiar w tej chwili popełnić tekst, którym zainspirował mnie ten kolega. Prawie tak jak naga Kate Winstet młodego Dikarpio w „Titanicu”.

Otóż, Jozif napisał kiedyś tekst o swoim „garażu marzeń”, w którym wymienił zadziwiająco dużo niemieckich aut, zupełnie jakby był baronem narkotykowym z Bałkanów. Spodobał mi się ten pomysł, bo idea klasyfikacji najlepszych aut według własnego widzimisię jest kusząca!

So lets the game begin!

Garaż.

ooo mam kozacki pomysł na garaż! Taki stary zapyziały hangar polowego lotniska! Ale oczywiście w środku odpicowany, żeby auta nie marzły jak plebs. Taki hangar niesie ze sobą klimat Wielkich Spraw, niedopalonego oleju z gwiazdowych silników i zapachu paliwa. Hangar, to miejsce nie budowane z myślą o człowieku tylko o maszynie, to dom technologii i idei niegdyś tak wielkich, które w naszych czasach zniesione zostały do poziomu oczywistego banału.

Latać jak ptak, jeździć szybciej niż pędzący koń, płynąć tam gdzie kończy się horyzont – zwycięstwa rozumu, uporu i inżynierii. Tak ważne dla naszej cywilizacji.

229

I właśnie w takich hangarze – Bazylice Benzyny wyznaczyłbym pięć miejsc na auta marzeń. I koniecznie musiałby w nim stać jeszcze jakiś stary samolot. Abo dwa:)

Miejsca parkingowe.

Tylko i aż pięć. Jozif wybrał dziesięć aut a i tak narzekał że za mało. Ok, podbijam więc poziom trudności i typuję Złotą Piątkę. Boże, jest naprawdę ciężko. To jakby wybrać swoje ulubione zachody słońca, albo pocałunki. Ale nic to, trza to trza! Poniższa lista nie jest układana wedle żadnego schematu. Znajdują się na niej auta subiektywnie dla mnie wspaniałe. Próbowałem od pół roku ją przemyśleć, przegryźć w taki sposób by zawierała absolutne dzieła sztuki. Nie udało się. Jadę więc na żywioł i piszę to co dyktuje serce a nie „szkiełko i oko”.

ZACZYNAMY

#5

Alfa Romeo 8C 2900B (1937)

Startuję z mocnym akcentem. Kolebka motosportu – Włochy, dały nam istne setki wspaniałych maszyn, począwszy od Ferrari na De Tomaso skończywszy. Jednak patrząc na profil tej starej 8C nie sposób się nie zachwycić. Wyobraźcie sobie! Nadać autu taki kształt tylko za pomocą własnej wyobraźni i narzędzi w warsztacie! Bez żadnych tuneli aerodynamicznych, stref zgniotu i systemów bezpieczeństwa. Tylko czysta, nieskażona forma otulająca mistrzowski rzędowy silnik o ośmiu cylindrach, prawie trzech litrach pojemności i dwóch rotujących sprężarkach. Majstersztyk ten generował fenomenalne 180KM i rozpędzał to cudowne dziecko wyścigów do 200km/h.

Alfa-Romeo-8C-2900B-1938-1

I wiem, że pewnie bałbym się/nie umiałbym jeździć tą boską istotą, jednak samo obcowanie z nią i świadomość posiadania, byłaby wystarczająca.

#4

Ford GT (2003)

Koniec lat 60 był dla Enzo Ferrariego koszmarem. Zjawił się bowiem u niego jakiś paskudny Amerykański parweniusz, Robert McNamara, ze swoimi brudnymi, proletariackimi dolarami i oznajmił, że kupi od Enzo jego wspaniałą manufakturę. Szczyt bezczelności i chamstwa. Oburzony „Il commedatore” odesłał Americano z kwitkiem. Ten zaś, niezbyt zadowolony z tego obrotu spraw, wrócił do Stanów, do swojej wielkiej fabryki zwanej FORD i zarządził mobilizację na poziomie DEFCON 1. Oznajmij swoim inżynierom, że mają natychmiast rzucić dotychczasowe zajęcia i biec do desek kreślarskich, ponieważ najnowszym celem firmy jest pokazanie temu staremu, upartemu makaroniarzowi! Tak właśnie powstał Ford GT40.

02detroit frdconcept

I niemal od razu utarł nosa Ferrariemu poprzez czterokrotne wygranie prestiżowego i jednego z najbardziej rozpoznawalnych wyścigów – 24heures LeMans. Ford GT – samochód zbudowany w Ameryce, przez ludzi lubujących się w skrzydlatych Cadillacach i autach prowadzących się jak kilo smalcu, pokazał że osławione włoskie, eteryczne maszyny są zwykłą kupą złomu spod Modeny. Cudnie!

A skąd w takim razie GT z 2003 roku? Z próby wskrzeszenia legendy. Siedziałem w oryginalnym GT40 i muszę przyznać, że pomimo całej mojej miłości do tej „machiny zemsty” nie byłbym w stanie przejechać nią ani metra. Pedały gazu, sprzęgła i hamulca zajmowały razem tyle miejsca, co mój jeden but rozmiar 43. Fotel wykonany był z pociętych w pasy węży strażackich, głowa nie wchodziła pod „gilotynowe drzwi”, a kierownica blokowała mi się o brzucho.

Natomiast reedycja z 2003 roku to pełnoprawny samochód sportowy XXI wieku z karoserią kropka w kropkę przeniesioną z lat 60tych! Uwielbiam jego komiksowy kształt i to, że Ford w 2003 roku wypuścił tak odważne auto do salonów sprzedaży. Znamy przecież te nowoczesne auta, które starają się mniej lub bardziej nieudolnie czerpać ze swoich Wielkich poprzedników. Tutaj cały splendor formy pozostał nietknięty. Zmieniło się tylko to, co tyczy się technologii. Cudne, cudne auto!

#3

Toyota Land Cruiser J1200 (2007)

Niezniszczalna, niepokonana, Chuck Norris aut terenowych. Auto które swoją historię zaczęło w 1955 i po dziś dzień stanowi podręcznikową definicję Samochodu Terenowego. Dlaczego więc podoba mi się wersja dopiero z pierwszej dekady XXI wieku? Bo oprócz zapierających dech właściwości terenowych, można było ją doposażyć we wszystko na co tylko pozwalał portfel i wyobraźnia. Land Cruiser nakierował zamożnego klienta w swoje objęcia bardzo prostym zabiegiem. Był jak lokaj Batmana – Alfred Pennyworth. Z jednej strony były komandos brytyjskiej SAS, twardziel na którego można zawsze polegać a z drugiej dystyngowany, ułożony gentleman, znający się na rodzajach win, skokach na giełdzie i uwerturach Wagnera. Idealny ochroniarz, ale i towarzysz w wysublimowanym świecie staromodnego biznesu i kultury. Opoka na wietrze. Ciepły górski domek w zimowych Alpach. Błogość.

2010_Toyota_Land_Cruiser_150_Prado_5-door_-_UK_version_019_0513

Poza tym popatrzcie tylko jak on wygląda! Znam ludzi z mieszkaniami o mniejszym metrażu! Ogromna, cudowna bryła monolitu! Założę się, że gdyby został wystrzelony w księżyc, spadając wypierdzieliłby nowy krater. Po czym kręcąc chwilę rozrusznikiem, podjechałby jeszcze pod operę w Sydney.

#2

Renault Alpine V6 A610 (1995)

Tak bardzo niedoceniane gran turismo od żabojadów. Za każdym razem gdy żabojady biorą się za design auta, ja z radości przebieram nogami. Bo jednak istnieją francuzy takie jak Alpine A610, które mają w sobie jakąś cząstkę boskiej synergii, Złotą proporcję między inżynierią a poezją. Nigdy, przenigdy nie widziałem tego samochodu na żywo, ale z każdego jego zdjęcia namacalnie czuję moc silnika V6 i seksapil subtelnej karoserii. A nie jest to byle jakie V6. Wydziera ze swoich trzewi 254KM i bujał się do stówki w niecałe 6 sekund! Całkiem nieźle jak na koszyk na bagietki…

Renault_Alpine-A610_1991_2

Pierowtnie miała się tu znaleźć Alpine V6 GTA Turbo z 1986 roku, ale wybrałem jej nowszą wersję. Powód jest poważny – wersja z 1995 ma podnoszone przednie reflektory. A podnoszone światła w autach – synonim lat 80-tych i 90-tych to w motoryzacyjnym świecie coś jak scena łóżkowa z Angeliną Jolie i Scarlett Johannson…Istna perfekcja

#1

Honda NSX (1990)

W końcu numero uno, absolutne numer jeden moje wyimaginowanej kolekcji!

Są trzy ważne powody, dla których wariuję na punkcie tego auta. Pierwszy – było ulubionym autem „cywilnym” legendarnego Ayrtona Senny, trzykrotnego Mistrza Świata Formuły 1, którego umiejętności prowadzenia samochodów były skalowane między punktami „Syn Boga” a „Czarnoksiężnik”. Ponadto Senna brał czynny udział w konstruowaniu podwozia, dzięki czemu jest to podobno jedno z najlepiej prowadzących się aut na świecie.

Drugi powód to jego wygląd! Dobry Boże NIE POWSTAŁ NA ŚWIECIE ANI JEDEN PIĘKNIEJSZY SAMOCHÓD SPORTOWY! NIGDY! Tylko obadajcie te gładkie niskie linie,ten długi tył, zakończony zespolonym spojlerem i przeszklony dach. Tak filigranowe a zarazem bojowe kształty zostały stworzone we włoskiej mekce niebanalnych karoserii – Pininfarinie.

5779252055_e814cbf1d1_b

W końcu powód trzeci. Jest trochę powiązany z drugim. Otóż parę lat temu (dajmy na to z dziewięć) spotkałem NSX’a, zaparkowanego na Kazimierzu w Krakowie. Stał sobie jakby nigdy nic, cały czerwony i niski i wyglądał! Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić jak on wyglądał! Przez te dziesięć lat widziałem i niekiedy pakowałem tyłek do różnego rodzaju Ferrari i Lamborghini, ba! Widziałem nawet Amerykański Mokry Sen – Saleena S7. I żadne z tych aut nie wywarło na mnie takiego wrażenia jak tamten NSX. Magiczny, mistyczny Japoński przecinak. Jedna z podwalin mojej ogromnej miłości do aut…

the-legendary-acura-nsx-history-and-review-4

#1ex aequo – Lotus Omega Carlton

Nie można być prawdziwym bogaczem bez limuzyny! W końcu trzeba czymś dojeżdżać pod swój garaż marzeń prawda? A skoro mieć limuzynę, to koniecznie najszybszą. Lotus Omega, to w zasadzie Opel Omega napakowany bebechami Lotusa po same brzegi. Dlaczego to auto? Bo zapoczątkowało modę na nowoczesne, naprawdę-cholernie-szybkie luksusowe sedany. I nie szybkie w sensie trochę więcej koni i prędkość maksymalna ponad 240km/h. O nie, mamy tutaj owoc miłości General Motors i Lotusa w postaci sześciocylindrowej rzędówki dopalanej dwiema sprężarkami Garett o mocy prawie 380KM wyciągniętej z 3,6 litra pojemności! Daje to ponad sto koni na litr. I to w 1990 roku!

http://www.autogaleria.hu -

Poza tym spójrzcie jak ta Omega niepozornie wygląda. Archetyp „sleepera” prawda? A tak naprawdę jest to limuzyna, która przez sześć lat dzierżyła tytuł najszybszej limuzyny świata. Nie było to trudne, ponieważ setkę osiągała z łatwością w ledwo ponad 5 sekund a kończyła rozpędzanie na 283km/h!Te dane robią wrażenie do dziś, szczególnie gdy większość super-sedanów sprzedawana jest z ogranicznikami prędkości do 250…Ehh takie czasy…

lotus-omega-05

Zdawałoby się, że to już wszystko. Nie mam już miejsca w hangarze marzeń. Brakuje mi go! Nie znalazłem miejsca na Subaru Forestera STI, ani na Alfę Romeo 8c Disco Volante. Żałuję też, że nie mogę przyjąć pod swoje skrzydła Jaguara E-Type ani Lotusa Esprita. Chociaż ten szedł łeb w łeb z Alpiną! Pomachałem ze łzami w oczach również Renault 5 Turbo i Ferrari 288 GTO. Żałuję też Lamborghini Countacha i Chevroleta Corvette Stingray.

Ale muszę przyznać, że mój garaż marzeń jest wyjątkowo piękny:)

Na imię mu PHEVen

Phev! – na zdrowie. Wyobraźcie sobie pewną sytuację. Chcecie kupić auto z silnikiem diesla. Powód, dla którego chcecie to zrobić, jest wam znany. Może na przykład będziecie ciągnąć przyczepę, ale przekonuje was niskie spalanie. Może po prostu macie taką fanaberię? Nieważne. I wyobraźcie sobie serdeńka, że nie jest tak jak do tej pory. Nie możecie po prostu wejść do salonu i poprosić dealera, żeby sprzedał wam wybrany model z dieslem. Bo silnik diesla posiada tylko kilka modeli na rynku. W dodatku wszystkie wyglądają jak nornice oklejone częściami z modelu airfix, ulokowane na kółeczkach od wrotek. I cholera, myślicie sobie, że wolelibyście wytarzać się w szkle , niż kupić to szkaradziejstwo. Tak do tej pory wyglądał mniej więcej rynek aut hybrydowych. Można było mieć Hondę Insight. Albo Toyotę Prius. Albo, jeżeli było się emerytowanym gangsterem – jakiegoś Lexusa. Z niewiadomych przyczyn producenci nie traktowali napędu hybrydowego jako silnika do napędzania aut. Chcieli uczynić z niego manifest, oświadczenie, które będą wygłaszać wszyscy ekowariaci i greenpeaceowcy na świecie. Do silników hybrydowych montowali odrażające, godzące w moje poczucie godności nadwozia, stylizowane na martwe żółwie, lub przekrojone ziemniaki. Od dawna uważałem, że nie ma to najmniejszego sensu! Anty samochód dla ekologów wydaje się równie niedorzeczny co kot zachowujący się jak pies. W dalszym ciągu to kot, w dodatku przynoszący innym kotom wstyd. Na szczęście od niedawna producenci poszli po rozum do głowy. I zaczęli łączyć napędy hybrydowe z nadwoziami aut, którymi rzeczywiście ludzie zechcą jeździć. Poza tym, na przykładzie poniższego testu, okazuje się, że dotychczasowy napęd z Priusa, można jeszcze ulepszyć! IMAG1525_BURST003_1 Bez dalszego słowotoku – Mitsubishi Outlander PHEV. Przez okres testu nazywany przeze mnie PHEVEN. Co w nim lepszego? W końcu Prius to też hybryda. Otóż mali Japończycy z Mitsubishi, w przeciwieństwie do małych Japończyków z Toyoty, doszli do wniosku, że silnik spalinowy powinien raczej wspomagać elektryczne, które będą grać pierwsze skrzypce w napędzie auta. Do tej pory było raczej odwrotnie. Ponad to, silniki elektryczne można podładować sobie z domowego gniazdka. I jechać dalej za śmieszną kwotę około 5 złotych za pełen „elektrobak” Brzmi fajnie nie? W życiu nie pomyślałbym, że trafię na hybrydę, która mnie zachwyci. IMGP1037 Wspomniana wcześniej Toyota Prius to naprawdę paskudne auto. Jeżeli komuś imponowało to, że jeździ nornicą to w porządku. Ludzie kupowali je przeważnie z racji tego, że byli ekologicznie nawiedzeni. I poprzez zakup Priusa chcieli dać do zrozumienia wszystkim dookoła, że motoryzacja ich nie interesuje. Dlatego uważam SUVa Mitsubishi, za coś lepszego, bardziej dopracowanego. Mamy tutaj „pod maską” trzy silniki. Spalinowy, służący jako generator prądu, oraz dwa elektryczne napędzające obie osie! Elektryczny napęd AWD! To dopiero pomysł! IMGP1062 Miejsce, które zasila się benzyną ma pojemność dwóch litrów i 121 koni mechanicznych. Elektryczne motory, które czerpią energię z niego, oraz oporów hamowania, mają po 82 konie każdy. Tym sposobem mamy mocy od cholery i kilka możliwości, by z niej korzystać. Benzyniak może na przykład ładować silniki elektryczne podczas jazdy, może również dołączyć do bezpośredniego napędzania kół. Lub po prostu wyłączyć się i dać elektrycznej magii pełne pole do popisu. Wielki napis na klapie sugerował, że auto spala 2 litry benzyny na 100 kilometrów. Oczywiście w idealnych warunkach i z akumulatorami naładowanymi na 100% może i jest to do osiągnięcia. Ja, trochę bawiąc się autem i nie jeżdżąc nim jak anemik, osiągnąłem (głównie w mieście) realne 7,2 do 8.5 litra na 100 kilometrów. Co i tak jest porządnym wynikiem jak na tak duże auto. IMGP1100 I znowu, podobnie jak w przypadku BMW i3 o którym pisałem wcześniej, podczas prowadzenia auta poczułem się nieswojo. To wielkie auto jest zdolne poruszać się na silnikach elektrycznych do 120km/h! Oznacza to, że możemy pędzić nim stówą, a jedyne dźwięki jakie usłyszymy to szum wiatru i opon. Oraz cichutki, jednostajny dźwięk silników elektrycznych jakby wyjęty z kreskówek o Jetsonach! Niesamowite! IMGP1095 Sądzę, że w pełni elektryczny tryb jazdy jest prztyczkiem w nos każdego eko-wariata, który cieszył się dotąd z rosnącej fali zakazów wjazdu samochodów z napędem spalinowym do centów europejskich miast. Wielki, elegancki SUV będzie mógł przetaczać się bezdźwięcznie po każdym centrum miasta , płosząc rowerzystów i dziwaków karmiących gołębie! IMGP1068 „Mam wielkiego SUVA, który jest bardziej ekologiczny niż wasze sandały Campusa, więc możecie mi naskoczyć nawiedzone sukinsyny” – takim napisem ozdobiłbym własny egzemplarz PHEVENA. Dobra koniec bredni o ideologiach i napędach. Co tak naprawdę daje nam Mitsubishi Outlander PHEV? IMAG1535_1 Oprócz oczywiście idiotycznej nazwy bardzo wiele. Prowadziłem wersję ze skórzanymi, podgrzewanymi siedzeniami regulowanymi elektrycznie. Miałem do dyspozycji również elektrycznie ustawiane i składane lusterka oraz szyberdach (który jest moją ulubioną opcją w każdym samochodzie). Do tego komputer pokładowy i centrum multimedialne marki Rockford Fostage (Bóg raczy wiedzieć, co to za firma, ale audio grało ponadprzeciętnie dobrze). Udało mi się nawet całkiem szybko sparować telefon oraz moje muzyczne jabłko przez bluetooth. Cały dynks ma dotykowy 6.1 calowy ekran, którego interfejs należy do tych łatwiejszych w obsłudze. Ekran można dzielić na pół, tak by wyświetlał dwa obrazy (np. nawigację i menu audio). Aha, jest jeszcze kamera cofania, która jak znalazł przydaje się w tym sporawym aucie. IMGP1085 Sama deska rozdzielcza jest z rodzaju tych, które lubię. Japoński styl ze starej szkoły. Czyli wszystko na swoim miejscu, w dodatku w miarę niebrzydko uporządkowane. Uwagę przykuwa kilka przycisków. Mamy oczywiście tryb eko(sprawdza się w korkach) oraz tryby oszczędzania i ładowania akumulatorów. Najlepszym trybem japońskiej hybrydy jest jednak 4WD LOCK, który blokuje centralny mechanizm różnicowy i daje kierowcy stałe, równomierne wsparcie na cztery koła. IMGP1073 Próbowałem z całych sił zakopać PHEVENA na błotnistej, rozjeżdżonej przez ciężarówki z pobliskiej budowy drodze. Nic z tego. Mitsu, pomimo zanurzenia w gęstej brei, parło do przodu dziarsko podskakując na wybojach wielkich jak księstwo Monako. Żadnych uślizgów kół, żadnych niespodziewanych numerów. Jak na elektryczną hybrydę to i tak o wiele więcej niż się spodziewałem. I jasne, że w bardziej wymagającym terenie PHEV miałby spore problemy, ale nie do tego został stworzony. Wymagający teren zostawmy jego starszemu bratu – Pajero. Właśnie ta niespodziewana dzielność w terenie sprawiła, że tak spodobał mi się ten Outlander. W naszych czasach, gdy większość SUVów to tylko głupie, oszukane wydmuszki, dobrze jest wiedzieć, że niektórzy producenci nie zapominają o ich przeznaczeniu. Bo dla mnie SUV to synonim niedużej terenówki na średni teren, nie połykacza autostrad, czy bulwarowego pedałowozu z napędem tylko na jedną oś. IMGP1060 Poza tym PHEV fajnie się prowadzi. Jest w miarę stabilny, jak na taki zwalisty kawał żelastwa. Przeszkadzał mi tylko za „luźny”, za lekki układ kierowniczy. Kierownica obraca się w sumie bez żadnego oporu, jakby w ogóle nie miała połączenie z czymkolwiek. Trochę męczy to podczas szybkiej jazdy, za to pomaga w terenie. Niestety, z doświadczenia wiem, że auto jak to spędzi na asfalcie 90% swojego życia. Dlatego wolałbym bardziej mięsistą, sztywną i przez to czytelniejszą relację pomiędzy kierownicą, a kołami. Więcej hardware. Druga sprawa, to dźwięk jaki wydaje silnik spalinowy, gdy dołączy się do elektrycznych braci podczas gwałtownego przyspieszania i wtedy, gdy prędkość przekroczy 120km/h. Ponieważ silnik ten to wspomagacz, nie działa jak tradycyjne silniki. I może przez to wydaje z siebie okropny, sopranowy dźwięk, który można porównać do dźwięków ślizgającego się sprzęgła. Po prostu wyje niemiłosiernie! Owszem możemy się przyzwyczaić. Ale kupując auto za około 150 tysięcy złotych, nie chcemy, by kazano nam zagryzać zęby i udawać, że wszystko jest ok. IMGP1030 I trzecie przewinienie. Raczej mało ważne, ale zawsze. Mamy do czynienia z japońskim samochodem. A te mają dziwaczną przypadłość wydawania z siebie kakofonicznych monofonii dźwięków w postaci pipczenia i wycia na wszystko. Auto pipa na nas i wyje gdy: nie zapniemy pasów ( udręka podczas robienia zdjęć do tego tekstu!), otworzymy drzwi i wyłączymy silnik, otworzymy drzwi i nie wyłączymy silnika, nie zgasimy świateł, nie zgasimy silnika i świateł itp. itd. Coś okropnego. Jeszcze pół biedy, gdy te dźwięki są w miarę akceptowalne. Ale słyszeć ryk Godzilli za każdym razem, gdy przetaczam się przed Magdą z aparatem z prędkością 20km/h to przesada. IMGP1124 Na zakończenie mała konkluzja. Mitsubishi obudziło we mnie wiarę, że hybrydy w przyszłości będą miały sens. Że w przyszłości hybrydy nie będą już kojarzone z ekologicznym bełkotem. Że zwykli kierowcy będą na nie patrzeć przychylnie. Ponieważ hybrydy powinny tak jak Outlander PHEV, potrafić oferować design i przyjemność użytkowania zwykłych aut. Mam nadzieję, że napęd hybrydowy pozbędzie się ciężkiego bagażu ideologicznego. I stanie się wygodną i oszczędną codziennością bez żadnych dodatkowych wyrzeczeń. PS. Niebieskawego mamuta życzliwie udostępnił mi (dwukrotnie!) salon i serwis Mitsubishi Parexbud w Lublinie! Pracuje tam zgrana banda fachowców i moto-entuzjastów – polecam ich całym sercem! Obrazy jak zwykle wykonała niezawodna Magdalena, której dziękuję! PS. 2 Niniejszy tekst zawiera rażące braki w informacjach na temat hybrydowych napędów Toyoty. Przyznam że wolałbym siedzieć dwie godziny nago na słupie, niż czytać o napędach hybrydowych.

Ekologia może być nieraz fajna – nowe BMW i3

Zawsze powtarzam, że jestem super ekologiczny. 

Jestem ekologiczny na co dzień, a nie tylko wtedy, gdy jacyś pryszczaci poganiacze sandałów zorganizują godzinę ziemi i pogaszą Kreml i wieżę Eiffela. Taka ekologia mnie nie interesuje. Nazywają to „zwróceniem uwagi na problem” co jest bzdurnym wytłumaczeniem hipokryzji ich działań. Moja ekologia to niskie zużycie wody i staranie się (bo to cholernie ciężkie) o ograniczenie użycia prądu. Ekologię tego pierwszego rodzaju, która jest dla mnie tym, czym wielkie charytatywne fety gwiazd, lubią też promować firmy motoryzacyjne. Była już niezliczona ilość ekoaut, napędzanych małymi silnikami, bateriami, silnikami i bateriami oraz innymi zabawnymi sposobami. Od dawna czekam na samochód napędzany starymi czarnymi koszulkami i zniszczonymi trampkami, których jednak nie sposób wywalić – miałbym paliwa na lata!

I lubię się pośmiać z tych samochodów, bo do niedawna były brzydkie, drogie, niepraktyczne, bezużyteczne i miały nazwy brzmiące jak miauczenie kota w rui albo egzotyczna choroba: imev, prius, phev…


– Stary, mam Twizy!
– O rany! byleś już z tym u lekarza?

– Nie, to samochód, taki na prąd!

Na szczęście w ostatnich latach, eko-oddziały firm motoryzacyjnych zauważyły, że auto elektryczne lub hybrydowe nie musi wyglądać jak kaleki żółw albo nornica. Że skoro ludzie będą zmuszeni, prędzej czy później przejść na napędy hybrydowe lub w pełni elektryczne, nie powinni rezygnować z wyglądu i osiągów. Że w końcu nie każdy z nas potrafi wydać z siebie tak dziwaczny dźwięk, który odpowiadałby nazwie ich produktu.

Dano nam więc Teslę, Fiskera oraz hybrydowe hipersamochody jak Porsche 918 czy McLaren P1. Samochody tak niesamowite, że aż niemożliwe. A jednak są. Ten pierwszy wygląda jak Jaguar XKJ na sterydach, drugi podobny jest do płaszczki. Atletyczny duet od Porsche i McLarena to już klasa sama w sobie!

otwarte dzwi lusterko

Łączy je jednak to, że są autami obleczonymi pięknymi kształtami i nazwami. Oraz niegłupio pomyślanymi napędami, ponieważ nie skupiają się na ekologii, tylko na kierowcy i jego doznaniach.

Ekologia to coś ekstra, czym zajmują się przy okazji.

W tym właśnie duchu powstały też dwa kosmiczne auta u naszych sąsiadów zza Odry. Bmw i3 oraz i8. Dwa auta tak inne, a jednak tak identyczne. Jak Danny DeVito i Arnold Schwarzenegger w komedii „Bliźniacy”. I to właśnie pierwszym z nich, modelem i3, miałem okazję jeździć.

Chciałbym nadmienić, że było to najdziwniejsze doświadczenie za kierownicą w moim życiu! Nieduże, pękate i3 rozpędza się w taki sposób i w takiej ciszy, że to aż upiorne. Ponad to, myśląc o nim, zastanawiam się nad znaczeniem niektórych słów z moto-elementarza. No bo jak nazwać ten zabawny generator prądu silnikiem? Jak mówić o zmianach biegów, gdy ich nie ma? Jak w końcu określać przyspieszenie, moment obrotowy, gdy okazują się czymś zupełnie innym niż dotychczas? Weźcie Otylię Jędrzejczak na Międzynarodową Stację Kosmiczną i każcie jej pływać bez wody w stanie nieważkości… Tak właśnie czułem się za kierownicą i3.

IMGP0579

To naprawdę dziwne uczucie, gdy auto porusza się bezszelestnie. Gdy lekki szum opon i wiatru oraz mlaskania łat na asfalcie słychać dopiero od 70 – 80km/h. W końcu gdy przy podanej wcześniej prędkości, bierzesz się za wyprzedzanie i samochodzik przyspiesza. Przyspiesza zupełnie jakby stał wcześniej w miejscu, a nie poruszał się już z pewną prędkością. I robi to tak liniowo, tak konsekwentnie, zupełnie jakby recytował tabliczkę mnożenia.

przód plus detal

80km/h, 90km/h, 100km/h, 110km/h, 120km/h… Prędkość jest wymawiana przez to auto jednym haustem, na bezdechu!

A gdy jedziesz w dół wzniesienia i odruchowo odpuszczasz gaz, cały system zaczyna lekko wyhamowywać auto. Również dziwaczne uczucie, ponieważ po wciśnięciu gazu od nowa, wydawało mi się, że nabieranie prędkości spotka na ułamek sekundy ten lekki opór hamowania, lub chociaż zawaha się, jak normalne auto zbierające się z za niskich obrotów. Nic z tego, małe BMW wystrzeliło znowu do przodu, bez szarpnięć, bez wibracji, bez tego wszystkiego, co towarzyszy silnikom spalinowym! Zupełnie jakby w każdym możliwym zakresie miało dostęp do pełnej mocy! Cudowny wynalazek!

Poza tym najfajniejsza sprawa. Gdy jeździsz i3 w miarę spokojnie, wystarczy Ci „paliwa” (następne archaiczne słowo) na około 160-170 kilometrów.

IMGP0589

A gdy odstawisz je na noc do garażu i podłączysz do gniazdka, „zatankujesz” do pełna za około 5 złotych. I znowu masz zasięg 170 kilometrów! Cudnie!

Dobra, wszystko pięknie. Ustaliłem już, że autko jeździ jak marzenie i „pali” tyle co nic. Ponad to moc tego ustrojstwa to około 180 koni mechanicznych. Nie ma więc na co narzekać, skoro i3 to woziło wielkości kontenera na śmieci.

IMGP0583

I w zasadzie to trochę takim kontenerem jest. Całe wnętrze utrzymano w ekologicznym stylu, stąd duży udział prefabrykatów oraz eko-materiałów w środku. Drewno pochodzi z drzew po kataklizmach. Duże połacie tapicerki to włókna węglowe oraz fragmenty włókien konopi. Więc, gdy auto się znudzi, zepsuje lub zestarzeje, możesz spokojnie pociąć je na kawałki i spalić w fajce wodnej.

IMGP0603

interior1

Poza tym co z tego, że użyto materiałów ze śmietnika, skoro kompletnie tego nie widać. Wnętrze jest przestronne, radosne i bardzo hi-techowe. Posiada fajne wyświetlacze, dyngsy i przyciski robiące rzeczy. Oraz drzwi tylne otwierane pod wiatr. Oznacza to brak środkowego słupka. I ogromną, rozwartą przestrzeń gdy otworzyć drzwi na przestrzał. Japa lewiatana! Otwarty kokon. Przytulnie.

Podziwiając ten niewielki cud techniki pomyślałem mimochodem o filmie „Powrót do Przyszłości 2”, gdzie Marty McFly udaje się DeLorianem do roku 2015. Scenografowie ukazali nam wizję Świata dla nich odległego, która jednak mocno odbiega od tego co aktualnie mamy. Do przylotu McFlye’a zostało nam kilka tylko miesięcy!

interior 2

Doskonale pamiętam pierwszy raz, gdy widziałem ten film. Zachwycałem się później godzinami, dniami nad pojazdami przedstawionymi na ekranie.

Było to tak nie realne, że nigdy nawet nie sądziłem, że takie auta będą prawdziwe. I teraz cieszę się z tego, że zostały tylko w umysłach twórców filmu. Ponieważ i3 jest bez wątpienia o wiele lepszym samochodem, niż unoszące się nad ziemią kanciaste kliny, które bajecznie „grały” w „Powrocie do Przyszłości II”.

Małe BMW jest lepsze, ponieważ jest realne. I jest dopiero zwiastunem zmian, posłańcem tego, co nasz czeka.

IMGP0584

Kilkadziesiąt lat temu marzyliśmy o lewitujących nad asfaltem, upstrzonych diodami pociskach, które używają kół do lądowania i postojów.

Dostaliśmy forpocztę elektrycznych i hybrydowych cudeniek, które nie latają ani nie migają światełkami jak choinki. Za to zrewolucjonizują motorynek tej dekady. I to jest najlepsze rozwiązanie. To jest realna przyszłość.

Za auto do testów dziękuję salonowi BMW Best Auto Lublin a w szczególności pani Iwonie Mazurek, która ma do mnie cierpliwosć:) Zdjęcia w marznącym deszczu, przy temperaturze minus milion stopni, zziębniętymi palcami pstrykała jak zwykle Magda Rejnowska🙂

Jak żyć? Co ubrać? Zdecyduj się chłopie!

Świat jest coraz straszniejszy. Wystarczy tylko wejść w Internet, by się o tym przekonać.

Coraz więcej ludzi musi się w danej chwili dowiedzieć rzeczy na coraz bardziej bzdurne tematy.

Fora i portale typu ask.fm powstają jak grzyby po deszczu. W sumie to i dobrze, bo ja sam, ilekroć usłyszę zabawny hałas z zawieszenia albo buczenie z silnika mojego samochodu, wchodzę na dane forum, by się dowiedzieć, czy uda mi się dojechać do mechanika przed eksplozją, czy raczej zginę uwięziony w półtoratonowej blaszanej pułapce.

Ale jasne było dla mnie, że pomimo tego, że lubię dowiedzieć się tego i owego, jestem w miarę samowystarczalny. To znaczy, że nie używam Internetu, by podejmował za mnie każdą możliwą decyzję w życiu.

A tak robi coraz więcej osób. I ich pytania są coraz bardziej zadziwiające.

Całkiem zabawne są też grupy motoryzacyjne na fejbuniu skupiające „fanów marki”. Jestem w wielu z nich i co raz zanoszę się ze śmiechu. Pytania o tuning, to klasa sama w sobie. Zdjęcia jakiś bezpłciowych padalców, nad którymi zachwycają się „grupowicze” a których toczy się po drogach cały zardzewiały milion to też klasyk.  Kocham też pytania typu: „Od czasu wymiany opon radio jakiś źle odbiera, co może być przyczyną?” Rozumiem, że można nie znać się na mechanice  bo ja sam nie jestem wstanie poznać, czy dany kawał żelastwa to silnik, czy część od traktora która rozrzuca nawóz po polach. Ale zadawać tak debilne pytania? To jak stwierdzać: „Dziś widziałem bardzo brzydkiego kocura, pewnie dlatego strzyka mnie w plecach.”…

Pewnego razu, ponoć na ask.fm lub samosia.pl, młoda mama zapytała, co robić, jak dziecko się krztusi i jest sine… Naprawdę tak się zapytała! Nie wyobrażam sobie nawet tej sytuacji. Moment, gdy widzisz swoje dziecko całe sine, z wywalonymi na wierzch gałami, wyglądające jak karp bez wody i zastanawiasz się, którego forum użyć, by mu pomóc.

W ogóle zawsze zdawało mi się, że to kobiety królują na forach i portalach z pytaniami. To ich naturalne środowisko. Każda Kobieta Na Świecie nie ma pojęcia, jak się ubrać, co ugotować, ani jaki film obejrzeć. Za to dosłownie każda z nich od razu i bezbłędnie odpowie na te pytania koleżance. Tak już są zbudowane – ich zadaniem jest decydowanie za innych. W końcu od czegoś pochodzi stwierdzenie, że skoro mężczyzna to głowa rodziny, to kobieta jest jej szyją.

Ale moi mili, nic bardziej mylnego!

Właśnie przeglądałem sieć w poszukiwaniu ważnej informacji. Mianowicie chodziło mi o buty, które zamierzam kupić na alledrogo. Byłem ciekaw, czy Internet wie może, czy te konkretne trampki będą tak jak wszystko inne, co kiedykolwiek kupiłem w sieci – rozpadną się, zanim jeszcze wyjmę je z pudełka. A może okażą się paskudną, odkształcającą stopę, stukilową małpą przymocowaną pod łydką? W końcu przeznaczam na nie własne, ciężko zarobione pieniądze. I nie chciałbym, by rozpadły mi się na nogach, gdy na przykład będę uciekał przed tygrysem bengalskim albo helikopterem Apache. W końcu nigdy nie wiadomo.

I gdy tak sobie pogodnie przeglądałem sieć, natrafiłem na przerażające forum! Do tej pory nie mogę się otrząsnąć, ponieważ wizyta tam odwróciła mi światopogląd do góry nogami.

Forum było opanowane przez niezdecydowanych na nic facetów. I pal sześć, gdyby byli to homoseksualni, zabawni kolesie, którzy nie wiedzą nic o świecie, bo całymi dniami stawiają nogi wzdłuż linii i machają zalotnie łapkami. Tacy faceci mają w sobie głęboko rozwinięty damski pierwiastek i mówią do wszystkich „kochany”. Są pedziowaci – ok, taka ich natura. I choćby przemaszerowało tutaj milion ultra-prawicowych łysych bojówek, nic to nie zmieni.

Ale na tym forum znalazłem zdjęcia i linki do mnóstwa heteroseksualnie zdeklarowanych i wyglądających mężczyzn. I wszyscy oni nie mieli pojęcia, jakie buty pasują do spodni typu „baggy”, a jakie do „chinosów”. I czy zielona czapka nie gryzie się z płaszczem…

No na litość Boską! Ubierają się w ubranie, robią zdjęcia, wysyłają na forum. Czekają na odpowiedź, czy wszystko dobrze „fituje”, czy to dobra „stylówa” i czy da radę tak iść do kina. Jak w ogóle udaje im się kiedykolwiek wyjść z domu? Jak wiele czasu muszą na to przeznaczyć? Przecież ubieranie się w cokolwiek to jedna z najgorszych czynności na świecie. Wystarczy mi zrobić to raz dziennie a czuję się jakbym został okradziony z najlepszych sekund mojego życia. Nie wyobrażam sobie jak wielki, zły i wściekły musiałyby być pies, by jego właściciel zmusił mnie to przebrania całej garderoby bez potrzeby!

O której tacy goście muszą zacząć się ubierać, żeby zdążyć na cokolwiek? Ja pierdzielę, chętnie opisałbym to jakimś zabawnym porównaniem, ale do tej pory siedzę po ciemku pod zimnym prysznicem i próbuję się otrząsnąć. Jak to się dzieje, że będąc facetem, nie są w stanie, do cholery, się samemu ubrać? Panowie, nie zachowujcie się jak baby. Wystarczy już że one mają szafy głębsze od jeziora Bajkał, w których rzekomo nie ma nic co mogłyby założyć…

Zostawię wam tutaj instrukcję jak się ubrać. Uważajcie, bo to prawda objawiona!

Przecież to proste. Wstaję rano, wyciągam coś z szafy. Obwąchuję, czy faktycznie jest czyste, czy może, pod wpływem jakiegoś kosmicznego natchnienia, zdjąłem to z zapoconego siebie pół roku temu, zwinąłem w kulkę i wpakowałem do szafy. Jeżeli nie ma na tym rozwiniętych form grzybów i nie śmierdzi, nakładam to. Teraz mogę zlustrować, czy aby nie mam na sobie dwóch rzeczy w tym samym kolorze albo w podobny wzorek. Nie mogę być ubrany pod kolor, bo nie jestem marynarzem, hydraulikiem, członkiem boysbandu ani nastoletnią cheerleaderką. Gdy już to sprawdzę, badam ubrania pod względem dziur i plam. Jeżeli łączna ilość dziur przekracza trzy, zmieniam konfigurację. Jeżeli jest plama, ale w mało widocznym miejscu i nieśmierdząca, ubranie zostaje. Idę więc do przedpokoju i ubieram buty. I znów – jeżeli jest śnieg – zimowe, jeżeli pada – takie, w których nie zmokną mi nogi. A jeżeli jest słońce – takie, w których moje nogi nie stopią się jak ser w opiekaczu. Tak zestrojony patrzę w lustro. Gdy coś mi nie pasi i wyglądam na jeszcze większą bułę niż zawsze, idę i rekonfiguruję któryś z elementów. Gdy jest w miarę ok, wychodzę na ulicę i wszędzie zdążam na czas.

10723260_568615743283910_14451777_n

I tak sobie myślę, widząc fora jak te, nikt nigdy nie będzie w stanie mi wmówić, że żyjemy w złych czasach, a kraj taki nędzny i dziadoski jest opanowany przez komuno-żydo-masonów. Bo gdyby tak było, który facet miałby czas na tak bzdurne fora? Który z nas miałby w ogóle czas patrzeć w co jest ubrany? Internet byłby pełny chatroomów, w których wymieniano by informacje o tym, jak drukować wywrotowe ulotki na powielaczu w piwnicy oraz kogo pobito wczoraj podczas godziny policyjnej.

Naprawdę, czasy w których żyjemy, muszą być bajeczne i mlekiem oraz miodem płynące! Skoro nawet męskie instynkty i zdolność do szybkich decyzji zajęły się tak nieważnymi i śmiesznymi sprawami, jak „podwijane nogawki chinosów” ( Dobry Jezu wie co to takiego…), które „zafitują stylówę” z tamtymi „kozackimi najkami Air Force One”…

Chociaż, tak patrzę teraz na jedno ze zdjęć na forum i zdaje mi się, że lepiej by wyglądało, gdyby koleś który je umieścił nałożył do tego vansy…

O Boże, mają i mnie!

Ratunku! Pomocy!